KRYPTONIM BURZA. Odległe rubieże. książka 34,90 zł Audiobook 29,90 zł E-book 27,99 zł
Format: 144x207 mm
Stron: 320
Oprawa miękka ze skrzydełkami
ISBN: 978

KRYPTONIM BURZA. Odległe rubieże.

PREMIERA: 21 marca 2012

We wrześniu 1939 roku nie doszło do wojny. Wybuchła dopiero dwa lata później, ze zdwojoną siłą. W 1941 roku Związek Radziecki napada na Polskę. Najpotężniejsza armia w nowożytnych dziejach świata gotowa jest ponieść sztandar rewolucji aż na brzeg Atlantyku. Cztery miliony żołnierzy, dziesiątki tysięcy samolotów, czołgów, pojazdów pancernych i dział. Przeciwko czerwonym zagonom wroga wyruszają jednak znakomicie przygotowane szwadrony czołgów 7TP, wspierane przez Hurricane'y z biało-czerwoną szachownicą. Nowa książka Vladimira Wolffa obfituje w ostre walki wywiadów i spektakularne bitwy. Czy tym razem to armia radziecka będzie potrzebowała cudu? Cudu nad Wołgą.  Tom II "Operacja Pętla."


fragmenty

Rozwiń tekst

5 Dywizja PiechotyDla kapitana Jana Koseckiego ten dzień zdawał się nie mieć końca. W ciągu ostatnich dwunastu godzin dowodzona przez niego bateria stoczyła już dwie potyczki, wykonała jeden odwrót planowy i jeden posiadający wszelkie znamiona panicznej ucieczki. Dziwnym trafem podczas przemarszu siła konnej baterii armat 75 mm wz. 1897 powiększyła się o pluton zmotoryzowanych saperów, niepełną kompanię piechoty i paru ułanów ze składu Podolskiej Brygady Kawalerii. Potrzebował jedynie kuchni polowej. Ale nowej, bo za starą nie tęsknili. Po wyjątkowo przesolonej kaszy z resztkami mięsa z poprzedniego dnia niektórzy...

5 Dywizja PiechotyDla kapitana Jana Koseckiego ten dzień zdawał się nie mieć końca. W ciągu ostatnich dwunastu godzin dowodzona przez niego bateria stoczyła już dwie potyczki, wykonała jeden odwrót planowy i jeden posiadający wszelkie znamiona panicznej ucieczki. Dziwnym trafem podczas przemarszu siła konnej baterii armat 75 mm wz. 1897 powiększyła się o pluton zmotoryzowanych saperów, niepełną kompanię piechoty i paru ułanów ze składu Podolskiej Brygady Kawalerii. Potrzebował jedynie kuchni polowej. Ale nowej, bo za starą nie tęsknili. Po wyjątkowo przesolonej kaszy z resztkami mięsa z poprzedniego dnia niektórzy odczuwali pragnienie do dzisiaj. Paru odgrażało się samosądem wobec kucharza. Ten jakby się zapadł pod ziemię, więcej go nie widzieli. Kij mu w oko. Bez tego ofermy poradzą sobie znacznie lepiej. W takiej ciżbie na pewno znajdzie się paru gotowych oporządzić świnię lub krowę. Nosił kwity przy sobie, więc w razie potrzeby mógł nimi płacić. Ewentualnie zrobią zrzutkę z podoficerami. No i dobrze wiedział, że w jaszczach część artylerzystów wozi prowiant. Bolesny skurcz żołądka przypomniał kapitanowi o równie bolesnej prawdzie – nie jadł od rana. Sama woda z manierki i papierosy to za mało, by utrzymać formę.Miejsca na zasadzkę nie wybrał przypadkowo. Siedemdziesiątki piątki, starannie zamaskowane w łagodnym obniżeniu terenu między dwoma leśnymi kompleksami, wystawiały ze stanowisk lufy nakierowane w jeden punkt – przez który musiała przejeżdżać sowiecka czołówka pancerna. Jedyna dobra, brukowana droga wiodła z Kopyczyńc na Trembowlę i dalej do Tarnopola. Muszą ją wykorzystać. Innej możliwości nie było.Porozstawiał ludzi na przedpolu. Lepiej, żeby to nie on został zaskoczony. Jak już coś robić, to porządnie. Dać łupnia i odskoczyć – tę zasadę wbijano im do głowy przez ostatnie tygodnie. Do dystansu 1500 metrów nic nie było mu w stanie zagrozić. Stalowy granat przebijał pancerną blachę grubości 40 milimetrów bez większego problemu. Im bliżej, tym skuteczność była większa. Zresztą, wciąż mieli połowę wyfasowanej amunicji. Wozić jej z powrotem Kosecki nie chciał, bo i po co? Dzisiaj najważniejsza jest skuteczność, a nie oszczędność. Do tego dochodziły pociski burzące i parę szrapneli. Cholera wie, jaki ostrzał przyjdzie im prowadzić. Najbardziej doskwierał mu brak łączności. W zasadzie walczyli samodzielnie. Gdzie jest piechota, o TKS-ach nie wspominając?Przysłonił oczy dłonią, patrząc wzdłuż szosy. W oddali zamajaczył jakiś kształt, który po chwili przybrał postać ułana. Wyglądał, jakby gonili go wszyscy diabli.– Przygotować się – rzucił polecenie do stojących w pobliżu kanonierów.Wszystko zaczynało się od nowa. Nie upłynęła minuta, a już drogą z ogromną prędkością przeleciało pięć czołgów. Nawet nie zdążył zareagować. W górnych włazach tkwili dowódcy. Nie sądził, by zauważyli jego oddział. Rosjanie gnali ponad czterdzieści kilometrów na godzinę i zniknęli równie szybko, jak się pojawili.Skonsternowany Kosecki uniósł nieznacznie hełm i podrapał się w czoło. Wiedział, że są szybcy, ale żeby aż tak? Nodobra, następnym razem. Przecież na pewno nie przyjechali tu sami.Następna okazja nadarzyła się już parę minut później. Tym razem w towarzystwie czołgów pojawiły się ciężarówki. Do uszu kapitana doszedł dźwięk harmonii. Nic tak nie poprawia humoru jak muzyka przed podwieczorkiem.– Ognia!Huk kolejnych wystrzałów zlał się w jedno. Do armat dołączyły erkaemy, broń ręczna piechoty oraz granatnik.Ogólnie Kosecki nie lubił nikogo krzywdzić. Kochał zwierzęta, sam miał psa, a wszelkie przejawy pastwienia się tępił z całą surowością, toteż na widok masakry, której dokonali żołnierze z jego rozkazu, ugięły się pod nim nogi. W ciągu minuty armata wz. 1897 zdolna była wypluć do dwunastu pocisków, a takich armat miał trzy. Podczas dosłownie parunastu sekund zaskoczona kolumna Sowietów przestała istnieć.Pozwolił rozochoconym artylerzystom oddać jeszcze dwie salwy i przerwał masakrę. Z odległości pięciuset metrów dochodziły do niego odgłosy wycia przerażonych ludzi, eksplodującej amunicji i pękających zbiorników paliwa. Piechota prowadziła ogień nieco dłużej. Znał ich. Najchętniej nasadziliby bagnety na broń i wyrżnęli bezbronnych bez pardonu. Niech uciekają. Oni zrobili, co musieli.Oznaczył na mapie następną pozycję odwrotową trzy kilometry dalej. Jeśli się nie sprawdzi, poszukają innej. Najwyższa pora ruszać. Konie już przygotowano.Wybuch na przedpolu zaskoczył Koseckiego. Czyżby wsparcie dla Sowietów przyszło tak szybko? Dym i kurz zasałniały widok, jednak coś tam się działo.Spomiędzy wraków wytoczyło się monstrum, które nie przypominało niczego, co wcześniej kapitan widział. Wielkie dziwadło niewątpliwie było pojazdem pancernym, alebardziej wyglądało jak lądowy pancernik niż jak czołg. Na potężnym kadłubie tkwiły trzy wieże, z czego jedna uzbrojona była w długolufową armatę osadzoną na szczycie.Kosecki pożałował wcześniejszej słabości. Wobec takiego potwora ich szanse zmalały prawie do zera. Tym bardziej, że za pierwszym pojazdem pojawił się kolejny w towarzystwie mniejszych czołgów BT-7. Pozostaje im drogo sprzedać skórę.Pierwszy z polskich pocisków uderzył w wieżyczkę prowadzącego T-28. Nie przebił jej, ale zablokował mechanizm obrotu, co jednak nie przeszkodziło czołgowi jechać dalej. Jego karabiny maszynowe siekły po rozpoznanych stanowiskach. Kolejny armatni wystrzał i kolejny rykoszet. Dystans zmalał do około czterystu metrów. Teraz każdy działon strzelał sam, waląc w stalowe cielska raz za razem. Pojedynek był wyrównany. Ani jedna, ani druga strona nie były w stanie wyeliminować przeciwnika, aż w końcu granat z czołgowej armaty kalibru 76 milimetrów rozbił działo wysunięte najdalej na lewo od Koseckiego.Zdawało mu się, choć to prawie niemożliwe, że obsady pozostałych pojazdów strzelały jeszcze szybciej. Jedna z nich pocisk za pociskiem dziurawiła czołowe pancerze BT, obsługa drugiego, skoncentrowana na cięższych maszynach, starała się trafić w gąsienice. W końcu pierwszy T-28 stanął niespełna dwieście metrów od nich. Drugi zadymił chwilę później. Prawie wyczerpali zapas amunicji, zostało im wszystkiego parę granatów. Jedna armata była całkowicie zniszczona, druga miała strzaskaną lawetę i koło, co czyniło z niej bezużyteczny szmelc. Jeszcze raz wygrali, ale jakim kosztem... 11 KARPACKA DYWIZJA PIECHOTYPrzed dowódcą najbardziej wysuniętej na południe 11 Dywizji Piechoty, pułkownikiem Bronisławem Prugarem-Ketlingiem, postawiono niebywale trudne zdanie. We współdziałaniu z granicznym batalionem „Borszczów” i pułkiem KOP-u „Karpaty” miał nie dopuścić do przerwania styczności z Rumunią. Przeciw sobie miał całą sowiecką 2 Armię, zatem sprawa wydawała się przesądzona.Pewne szanse na obronę dawały górzyste pasma Gorganów i Pokucia, które niestety rozciągały się kilkadziesiąt kilometrów za plecami obrońców. Pułkownik przynajmniej na razie musiał obsadzić linię granicznego Zbrucza. Od następnej znacznej przeszkody – Seretu – dzieliło ich trzydzieści kilometrów. Pokonanie takiego odcinka pod ogniem Sowietów równało się zagładzie całej dywizji. Tym bardziej że oni dysponowali pojazdami mechanicznymi, a on mógł liczyć wyłącznie na nogi piechurów.Z wysuniętego punktu obserwował płynącą rzekę. W uszach dzwoniło mu od nieprzerwanego huku wybuchających pocisków artyleryjskich. Na sekundę przymknął oczy, koncentrując się na wewnętrznych doznaniach, ale oprócz uporczywego bólu głowy nic nie odczuwał. Przywarł do osłony sztabowej lornety, wpatrzony w miejsce, gdzie Zbrucz forsowała czerwona piechota. Nad nimi zauważył niewyraźne czarne punkciki wyłaniające się spoza horyzontu. Szybko przybrały kształt szturmowych samolotów, które lotem koszącym zaczęły ostrzeliwać rozpoznane stanowiska. Na szczęście działa wciąż waliły w rzekę, wyrzucając w górę gejzery wody wraz ze środkami przeprawowymi. Stan wody nie przekraczał dwóch metrów, trudno więc w tym wypadku mówić o znaczącej przeszkodzie, niemniej nawet taka poważnie zmniejszała impet ataku.Tych parę cekaemów z tymczasowych umocnień dopełniało dzieło zniszczenia. Browningi wypluwające kolejne serie wybijały grupy i grupki saperów i zwiadowców chcących jak najszybciej przebić się na drugą stronę. Na razie nie było bardzo źle, jednakże pułkownik zdawał sobie sprawę, że nie może stawiać oporu bez końca. Zostanie w końcu przygnieciony ulewą stali. To jedynie kwestia minut. W tej chwili jego żołnierze jeszcze byli górą. Bezpośrednie wysunięcie nad samą granicę przyniosło efekt i należało to wykorzystać.Jakby w odpowiedzi nad frontem przetoczył się potężny grzmot. Nastąpiło to, czego obawiał się najbardziej. Setki sowieckich dział i moździerzy wyrzuciły w powietrze dziesiątki ton pocisków. Z taką nawałą ognia nie zetknął się nigdy wcześniej. Poprzedni ostrzał okazał się jedynie przygrywką do tego, co właśnie się rozpętało.– Dajcie rozkaz odwrotu! – wykrzyczał w momencie, gdy łoskot odrobinę zelżał.Może zwlekał za długo? Nie. Tutaj nie miał sobie nic do zarzucenia. Teraz najważniejsze to odskok. O ile przeciwnik pozwoli. Wyjrzał ponownie na przedpole. Czerwonoarmiścinabrali animuszu. Na brzegami Zbrucza stłoczeni żołnierze w zgniłozielonych bluzach z długimi Mosinami w rękach czekali na dogodny moment. W końcu, ponagleni, skoczyli w wodne odmęty, uczepieni kłód drewna, desek, a sporadycznie własnych plecaków. Na łodzie załadowano Maksimy prujące długimi, chaotycznymi seriami. Kiedy ta cała masa zwali się tutaj, będzie po nich.Popędzany przez szefa sztabu podpułkownika Wacława Popiela, skoczył do tyłu, gdzie czekał terenowy Fiat 508 ukryty w głębokim jarze. Ziemia trzęsła się bezustannie, a po wybuchach pocisków większego kalibru wręcz kołysała niczym pokład podczas burzy. Chmury pyłu, kurzu i dymu przysłaniały niebo. Wyczekali, aż artyleryjskie granaty zaczną spadać za nimi i pobiegli.Gdzieś niedaleko echo odpowiedziało krasnoarmiejcom gromkim: Urra!!!, wzbijającym się ponad huk pękających pocisków. Wycie szybko ucichło, kiedy monotonne staccato Browningów przerwało pieśń zwycięstwa.Nie wszystko stracone. Nawała nie zgniotła jeszcze stanowisk obrony. Pewnie jego rozkazy nie dotarły do wszystkich lub, co równie prawdopodobne, w ferworze walki zostały zignorowane. Część żołnierzy postanowiła walczyć do końca, żeby dać reszcie osłonę i czas – tak potrzebny do odwrotu.Nagle silnik Fiata zawył jak zranione zwierzę, po czym wóz skoczył do przodu, przyhamował i ponownie wystartował. Ten falstart uratował im życie. Przelatujący nad nimi szturmowiec wpakował serię z działek wprost w miejsce, w którym znaleźliby się, gdyby nie chwilowy bunt maszyny. Prugar-Ketling wyszeptał krótką modlitwę. Tylko Opatrzności zawdzięczali to, że jeszcze żyli.Samochód gnał jak szalony po ledwo widocznej drodze, a właściwie wydeptanym pasie wśród wysokich traw i kęp burzanów. Psia krew, zachciało się mu obserwować bitwę z pierwszego rzędu, zamiast siedzieć w punkcie dowodzenia. Niewiele pomógł, a o mały włos nie stracił życia. Przytrzymując się obiema rękoma burty, popatrzył wokół. Przeklęty samolot wykonał nawrót i ponownie brał ich za cel. Złowroga sylwetka nadlatywała od tyłu. Dostrzegł jeszcze błysk na krawędziach skrzydeł i Fiat wywinął kozła. Nagle wszystko przykryła ciemność.

ukryj fragment książki

aktualności

INNE TEGO AUTORA

TRZECIA SIŁA
14.06.2017
HYDRA
07.12.2016
CZAS ODKUPIENIA
14.09.2016
METALOWA BURZA
17.02.2016
CIEŃ  PROROKA
07.10.2015
TROPICIEL
30.10.2014
DOKTRYNA WOLFFA
23.06.2014
HORYZONT ZDARZEŃ
09.10.2013
STALOWA KURTYNA
10.06.2010

o autorze

Vladimir Wolff

Vladimir Wolff

Pisarz od urodzenia związany z zachodnim Pomorzem. Historyk z wykształcenia i zamiłowania – jego specjalizacja to dzieje Niemiec i Rosji. Znajomość tematu i brak współczesnej polskiej literatury o charakterze politycznym i militarnym sprawiły, że postanowił podjąć wyzwanie i zmierzyć się z tematem wojennego thrillera.  

Cykle:

STALOWA KURTYNA
1. Stalowa kurtyna
2. Czerwona apokalipsa
3. Piaski armagedonu
4. Północny sztorm
5. Horyzont zdarzeń
6. Doktryna Wolffa

 

ODLEGŁE RUBIEŻE
1. Kryptonim burza
2. Operacja pętla

 

Świat przed ARMAGEDONEM
- Tropiciel
- Bractwo Nieśmiertelnych
- Cień proroka
1. Metalowa burza - ARMAGEDON

 

Poza cyklem
- Imperium