REBELIA książka 34,90 zł Audiobook 32,90 zł E-book 27,99 zł
Format: 144x207 mm
Stron: 384
Oprawa miękka
ISBN: 978

REBELIA

PREMIERA: 4 maja 2011

Marcin Gawęda, którego domeną od wielu lat była poważna publicystyka wojskowa poświęcona konfliktom rozgrywającym się w przestrzeni postsowieckiej oraz twórczość z zakresu historii wojskowości, tutaj objawia się nam w swym kolejnym wcieleniu – jako autor intrygującej książki o charakterze military fiction oraz utalentowany narrator.
Andrzej Wojtas, redaktor naczelny MMS „Komandos”
 

Pośród spalonych słońcem piasków pustyni „Psy Karbali” toczą swą szaleńczą walkę. Krew, pot i łzy im za towarzyszy. Istna uczta dla fanów biało-czerwonego oręża.
Michał Jarocki, Stosunki Międzynarodowe


Czasy drugiej zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Iraku i powstania Muktady as-Sadra. To właśnie wtedy w Karbali polscy żołnierze stoczyli największą bitwę miejską od czasów drugiej wojny światowej. Źle wyposażeni, przygotowani jedynie do pełnienia misji pokojowej nagle znaleźli się w samym centrum regularnej wojny. I… wygrali.
Ocenę tego, czy polska misja w Iraku rzeczywiście była konieczna, zostawmy ekspertom. My winniśmy naszym żołnierzom pamięć i szacunek. Za odwagę, profesjonalizm, determinację i bohaterstwo. Po krótkiej kampanii i obaleniu reżimu Saddama Husajna Irak znów staje się niespokojny. Różne frakcje paramilitarne – sadryści z Armii Mahdiego, bojownicy reżimowej partii Baas i wreszcie zwykli kryminaliści – wzniecają zamieszki, które z godziny na godzinę przybierają na sile. Do Iraku ciągną mudżahedini z całego świata. Podpułkownik Rafał Kroplowski, oficer polskiego wywiadu, trafia na ślad jednej z grup terrorystycznych, która planuje operację niosącą zagrożenie dla całego regionu. Komandosi z GROM-u, ramię w ramię z marines, mają pełne ręce roboty w zbuntowanej Falludży. Kapitan Kalicki i jego ludzie otrzymują karkołomne zadanie obrony City Hall w sercu zrewoltowanej Karbali. Zadryński i jego komandosi zostają wysłani na kolejny patrol z amerykańskimi i bułgarskimi specjalsami... Wielowątkowa powieść Marcina Gawędy, historyka i publicysty wojskowego, oferuje czytelnikowi mnóstwo wrażeń rodem ze współczesnego pola walki. Autor ze znawstwem i pasją opowiada historię opartą na prawdziwych wydarzeniach, które miały miejsce w najnowszej historii.


fragmenty

Rozwiń tekst

Irak, Falludża, 3 kwietnia, 22.32 czasu lokalnego Z dachu widzieli fajerwerki jak na dłoni. Szczególnie barwne pociski smu- gaczy, które jak kolorowe paciorki skupiały się w rejonie kręcących się w po- wietrzu, niczym pasterskie psy, szturmowych AH-64 Apache. Widać było, że nagły ogień otworzyło co najmniej kilka stanowisk karabinów maszynowych, ale Apacze niewiele sobie z tej pukaniny robiły. Jeden z ostrzeliwanych śmi- głowców obrócił się, znieruchomiał, po czym spokojnie namierzył cel i rzygnął w dół lawiną ognia. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się stanowisko bojowników...

Irak, Falludża, 3 kwietnia, 22.32 czasu lokalnego Z dachu widzieli fajerwerki jak na dłoni. Szczególnie barwne pociski smu- gaczy, które jak kolorowe paciorki skupiały się w rejonie kręcących się w po- wietrzu, niczym pasterskie psy, szturmowych AH-64 Apache. Widać było, że nagły ogień otworzyło co najmniej kilka stanowisk karabinów maszynowych, ale Apacze niewiele sobie z tej pukaniny robiły. Jeden z ostrzeliwanych śmi- głowców obrócił się, znieruchomiał, po czym spokojnie namierzył cel i rzygnął w dół lawiną ognia. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowało się stanowisko bojowników i skąd leciały serie pocisków, rozpętało się piekło – w pozycje rebeliantów trafiały, jeden za drugim, kolejne rakiety niekierowa- ne systemu Hydra 70. Widocznie załoga uznała jednak, że to nie wystarczy, bo spod nosa śmigłowca stęknęło jednolufowe działko automatyczne M230. Seria kilkudziesięciu pocisków kalibru 30 milimetrów poszybowała w dół, demolując doszczętnie jedno ze stanowisk na dachu parterowego budynku. Majak nie był pewien, ale wydawało mu się, że były to najczęściej używane w Iraku odłamkowo-zapalające pociski M799 HEI. Jak dobrze, że jestem po właściwej stronie – pomyślał, widząc, jakie spustoszenie uczyniły trzydzie- stomilimetrowe pociski. – Ale grzeją, nie? Wydaje się, że z takiego piekła to nikt żywą nogą nie wyj- dzie – mimo ciemności widać było, jak świecą się rozradowane oczy kaprala Wojtka Buczka. Nic dziwnego, akcji tego typu jeszcze nie widzieli w życiu, tym bardziej w nocy. Kolorowe feerie pocisków smugowych sprawiały wrażenie, jakby to były sceny z gwiezdnych wojen. Majak uśmiechnął się lekko i podniósł kciuk. – Obyś miał rację! – krzyknął. Jakoś nie miał ochoty przekrzykiwać tego piekielnego hałasu. – Dokopcie tym skurwielom, dalej! – wrzasnął rozentuzjazmowany Buczek. Dopiero wyraźny opieprz Waligórskiego osadził Buczka za betonowym blo- kiem, właśnie w tym celu postawionym na krawędzi dachu. Majak widział wyraźnie, że Anielak cały czas jest gotowy do oddania strzału – jak na razie miał trzy pewne trafienia. Współpracujący z Anielakiem Marcin „Koniu” Koniewski był najlepszym spotterem, jakiego Majak znał – razem stano- wili zabójczą parę. Nie zapominali ani na moment, że są tu po to, żeby wesprzeć walczących na dole marines. Cały czas obserwowali przedpole, wypatrując celów i w razie potrzeby wchodzili do akcji. Wyglądało na to, że śmigłowce skupiły na sobie wściekły ogień bojowników, tymczasem kolumny uderzeniowe mogły rozwinąć się do ataku. Z pozycji, któ- rą zajmowali, widać było w akcji jeden z plutonów wsparty bronią pancerną. Piechota wyskakiwała właśnie z dwóch bojowych wozów M2 Bradley i zajmo- wała stanowiska po obu stronach ulicy, podczas gdy środkiem jezdni toczył się majestatycznie M1A2. Abrams przyjmował na siebie cały ogień – waliło do niego wszystko, poczynając od AK-47, a na RPG-7 kończąc. Załoga niewiele sobie jednak z tego robiła bezpieczna za grubym warstwowym pancerzem43. Wyglądało to tak, że czołg niby ogromny magnes przyciągał kule i pociski. Abrams wściekle ostrzeliwał się z kaemu, a gdy tylko zlokalizowano istotny cel, odzywała się armata 120 milimetra, która celnym strzałem likwidowała stanowisko za stanowiskiem. Skuteczne wsparcie ogniowe piechocie dawały także ujadające dwudziestopięciomilimetrowe armaty Bradleyów. Mimo takiej ściany ognia co rusz jakiś ubrany na czarno bojownik albo ich grupa, korzystając ze znajomości terenu, ostrzeliwali Amerykanów znienacka, po czym znikali w labiryncie miejskiej architektury. Zazwyczaj taki wypad kończył się jednak stratami. Właśnie w takiej sytuacji dysponujący celownikiem noktowizyjnym Anielak ściągnął dwóch bojowników, którzy chcieli zajść Amerykanów od tyłu. Ciało jednego z nich koledzy odtaszczyli do tyłu, natomiast drugi – w czarnym stroju à la ninja i w bałakławie na głowie – wciąż leżał na rogu ulicy wraz ze swoim AK-47. Majak spostrzegł, jak celnie wystrzelony granat z RPG-7 trafił w pochyloną przednią część pancerza Abramsa i zrykoszetował niegroźnie, krzesając tylko snop iskier. Amerykańska odpowiedź była natychmiastowa – stanowisko strzelca zostało rozstrzelane ogniem karabinków M4, a chwilę potem stęknęła armata czołgu i studwudziestomilimetrowy pocisk odłamkowy zmiótł połowę piętra, z którego strzelano. W ciemnej poświacie rozjaśnianej co chwila wybuchami widać było (czy raczej można było się domyślać), jak piechota przeczesuje teren, dom po domu, posuwając się ostrożnie i nie żałując ognia. Majak wolał nie myśleć o cywilach chowających się z przerażenia w piwnicach Falludży. Na końcu ulicy w świetle cudem ocalałej latarni ulicznej widział wyraźnie amerykańską drużynę przy pracy – okno budynku, granat, eksplozja, seria, druga. Krzyki: Clear! Clear! Czysto! Czysto! Ruch do przodu i znowu to samo. W międzyczasie spostrzegł, że do akcji wszedł amerykański snajper z termowizją. Strzał. I kolejny trup. Potem jeszcze jeden. Tym razem strzelał Anielak. Wydawało się, że nic nie jest w stanie zatrzymać tej machiny, a jednak godzinę później atak utknął na podejściach do meczetu. W międzyczasie Majak zauważył jeszcze, że medyczne M113 zabrały na tyły co najmniej dwóch ciężko rannych – bojownicy walczyli z furią i pogardą śmierci. Dobrze widział, że w wielu miej- scach mudżahedini bili się dosłownie do ostatniego człowieka. – Cholera, nie było rozkazu wchodzić na teren meczetu – skomentował potem Waligórski, swoim zwyczajem strzykając na bok śliną. – Dowództwo wyznaczyło czerwoną strefę. A wiadomo, że tam mają cały arsenał, nie? – Cholerne ograniczenia, co? – rzucił tylko Majak. Dopiero teraz, kiedy opadła adrenalina, poczuł zmęczenie. Miał całkiem sucho w gardle. Namacał obok siebie plastikową butelkę z wodą. Przesunął się nieco, robiąc miejsce dla dowódcy. – Zasrana polityka, a nie ograniczenia. Jak się do meczetów nie dobiorą, nigdy nie stłumią tej cholernej rebelii, zobaczysz – stwierdził Waligórski. – No to pewnie się dobiorą – Majak obficie polał twarz wodą. – Jak zobaczą, że inaczej się nie da, zniszczą i meczety, i całe miasto. Waligórski przyssał się do podanej butelki. – Zajebista woda. Taka zimna i mokra – zażartował. Majak milczał. Oparł się w miarę wygodnie i zamknął oczy. – Zmęczony jestem – rzucił tylko. – Mowa. Marzę o kąpieli i świeżej pościeli. Ale wcześniej zajarać muszę – za- śmiał się Waligórski, odpalając papierosa. – Cholerny nałóg. Wiem, że powinie- nem to rzucić w diabły. Po dwugodzinnej bitwie nad Falludżą zaległa cisza. Niemal dźwięczała w uszach. Gromowcy sycili się tym spokojem. • Sytuacja stała się jednak na tyle dynamiczna, że dwadzieścia minut później znaleźli się na dole, pół kilometra dalej. Trafiony został pilot lekkiego śmigłowca OH-58 Kiowa, który wspierał piechotę w przerwach między działaniami znacznie potężniejszych AH-64 Apache. Jak się dowiedzieli kilka godzin później, pilot, któ- rego mieli za zadanie ratować, oberwał paskudnie w udo. Niestety pocisk przebił tętnicę i mimo szybkiej ewakuacji nie uratowano mu życia, zmarł z upływu krwi. Ale wchodząc do akcji, Polacy nie mieli o tym pojęcia. Działając w środowisku, w którym niebezpieczeństwo groziło ze wszystkich stron, szybko dotarli do rozbi- tego śmigłowca, tylko po to, żeby przekonać się, że cała drużyna amerykańskiej piechoty utknęła wokół maszyny przygwożdżona ogniem. Bojownicy obsadzali przede wszystkim duży budynek, który Majakowi wyglądał na jakiś hotel albo urząd. Prowadzili wściekły ogień do stanowisk przeciwnika. – Nie będziemy szturmować – krzyknął Waligórski, dopadając do rogu, gdzie czaił się Majak. – To jak chcą załatwić tych gości? Waligórski wskazał wymownie na oficera naprowadzania. Majak podniósł do góry kciuk na znak, że wszystko jasne i wychylił się jeszcze zza węgła, ogar- niając sytuację. Złożył się do strzału, ale nie zobaczył godnego celu, więc zrezy- gnował. Nie było po co kozaczyć – za moment cały budynek najprawdopodobniej przestanie istnieć. Minutę później nad miastem przetoczył się grzmot przelatującego samolotu. – Jest wezwany Gunship! – krzyknął mu do ucha dowódca. Wszyscy żołnierze koalicji uprzedzeni o ostrzale pochowali głowy. Nawet bio- rąc pod uwagę piekielną celność AC-130, nie warto było ryzykować. Bojownicy jeszcze z rzadka się ostrzeliwali, nie mając pojęcia, że granica życia i śmierci zbliża się ku nim z prędkością kilkuset kilometrów na godzinę. Najpierw budynek został obramowany pociskami czterdziestomilimetrowego działka, które zmiotło stanowiska na dachu i tarasie, po chwili raz i dwa stęknęła haubica, zmieniając połowę domu w zwały gruzu. – Go! Go! – krzyknął dowodzący amerykański oficer. Na jego rozkaz Amerykanie parami, ubezpieczając się wzajemnie, pobiegli skuleni wzdłuż ulicy. – Cover! Waligórski, słysząc wezwanie o osłonę ogniową, uderzył stojącego przed nim Majaka w plecy, po czym obaj zajęli stanowiska strzeleckie. Ponieważ w Falludży współpracowali z Amerykanami, dlatego wszyscy gromowcy z sekcji szturmowej byli uzbrojeni w karabinki M4. Krótkimi seriami ostrzeliwali pozostałe okna, gdzie mogli czaić się przeciwnicy, ale nikt już stamtąd nie prowadził ognia. Na wszelki wypadek Majak postanowił użyć granatnika M20344 podczepionego do jego karabinka. Przymierzył szybko i odpalił granat – pocisk odłamkowy kalibru 40 milimetrów poszybował w kierunku okna i eksplodował niedaleko framugi. Jeśli było tam jeszcze jakieś stanowisko, to już nikt z niego nie skorzysta – ocenił na chłodno. Poczuł jeszcze kilka klepnięć na ramieniu. – Masz cela, lepszego niż baba z wesela. Zobaczył za sobą uśmiechniętą twarz Waligórskiego. – No cóż, nie jest to może granatnik Carl Gustaw, ale może zrobić krzywdę. – No po takim celnym strzale na pewno – zaśmiał się Waligórski. – Ja wolałbym jednak mieć tu ciężkiego Gustawa. Chwilę potem przez radio otrzymali meldunek, że drużyna szturmowa dotarła do rozbitego śmigłowca. – Nasza para snajperska to się już pewnie byczy na tyłach, co? – zaśmiał się Waligórski. – Na nas też pora. – Zakładam, że na dzisiaj koniec, co? – Mowa. Przecież musimy coś zostawić jankesom, nie? Nie wyzwolimy od razu całej Falludży, zostawmy sobie coś na jutro, chłopie. Majak się zaśmiał. Z wdzięcznością przyjął od jednego z amerykańskich żoł- nierzy butelkę z wodą. Czarnoskóry podoficer w drucianych okularach musiał wiedzieć, z kim ma do czynienia, bo wyszczerzył zęby w szczerym uśmiechu i pokazał znak OK. – Polish good! Walesa and Solidarity! Obaj Polacy uśmiechnęli się do siebie. Co jak co, ale szef Solidarności był rozpoznawany na całym świecie.

ukryj fragment książki

aktualności

INNE TEGO AUTORA

IX ZMIANA
25.07.2012

o autorze

Marcin Gawęda

Marcin Gawęda

Absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publicysta wojskowy („Nowa Technika Wojskowa”, „Komandos”, „Armia”), pasjonat m.in. wargamingu. Debiutował powieściami popularno-naukowymi, teraz zamiłowanie do historii wojskowości realizuje w technothrillerach w serii WarBook. Jego ogromną wiedzę z zakresu współczesnego pola walki oraz lekkie pióro doceniło już wielu czytelników. Powieść „Rebelia” znalazła się wśród najlepiej sprzedających się książek w sieci salonów Empik.