STALOWA KURTYNA książka 32,00 zł Audiobook 34,90 zł E-book 27,99 zł
Format: 144x207 mm
Stron: 368
Oprawa miękka
ISBN: 978-83-930066-2-5

STALOWA KURTYNA

PREMIERA: 10 czerwca 2010
Polskie Leopardy w akcji, a nad nimi natowskie Raptory i szalona historia, której trudno się oprzeć. Po lekturze takiej powieści nie pozostaje nic innego, jak odpalić Call of Duty.
Johny, beta tester gier komputerowych.


Zakrojone na wielką skalę manewry wojskowe na Białorusi „Zachód 2009” stały się początkiem inwazji na Polskę. Niespodziewany atak, poprzedzony akcjami dywersyjnymi na gruncie politycznym i wojskowym, stawia naszą armię w równie trudnej sytuacji, jak wojska hetmana Żółkiewskiego pod Kłuszynem w 1610 roku.

Okazuje się, że słowa słynnego wodza sprzed czterystu lat cały czas są aktualne: Nadzieja w męstwie, ratunek w zwycięstwie!

Vladimir Wolff przedstawił śmiałą wizję współczesnego konfliktu zbrojnego rodem ze sztabowych map zimnowojennych strategów. Z tą tylko różnicą, że teraz Polacy znajdują się po drugiej stronie żelaznej kurtyny…

 

Cykl: Stalowa kurtyna
1. Stalowa kurtyna
2. Czerwona apokalipsa
3. Piaski armagedonu
4. Północny sztorm
5. Horyzont zdarzeń
6. Doktryna Wolffa

 


fragmenty

Rozwiń tekst

BIAŁYSTOK – POLSKA 18 czerwca, godzina 09:07 Ulice miasta wyglądały na wymarłe. Jeszcze dzień wcześniej rzesze cywilnych uchodźców uciekających przed białoruską inwazją wypełniały arterie wylotowe z Białegostoku. Obecnie pozostały po nich porzucone samochody, walizki i resztki domowego dobytku. Bezpańskie psy wałęsały się ulicami miasta w poszukiwaniu właścicieli. Szczekanie dochodziło ze wszystkich możliwych zakątków. Nie wszyscy mieszkańcy opuścili jednak swoje siedziby. Część ukryła się w piwnicach, niektórzy szykowali się do obrony. Nieliczne oddziały wojska, wspomagane przez policję i...

BIAŁYSTOK – POLSKA 18 czerwca, godzina 09:07 Ulice miasta wyglądały na wymarłe. Jeszcze dzień wcześniej rzesze cywilnych uchodźców uciekających przed białoruską inwazją wypełniały arterie wylotowe z Białegostoku. Obecnie pozostały po nich porzucone samochody, walizki i resztki domowego dobytku. Bezpańskie psy wałęsały się ulicami miasta w poszukiwaniu właścicieli. Szczekanie dochodziło ze wszystkich możliwych zakątków. Nie wszyscy mieszkańcy opuścili jednak swoje siedziby. Część ukryła się w piwnicach, niektórzy szykowali się do obrony. Nieliczne oddziały wojska, wspomagane przez policję i ochotników, przeczesywały miasto, ustawiając na głównych ulicach barykady z poprzewracanych autobusów i ciężarówek. Miejska komenda policji stała się centrum kierowania przygotowaniami do odparcia ataku. Wśród mundurów uwijali się cywilni ochotnicy z biało-czerwonymi opaskami na prawym ramieniu. Nie było ich wielu, choć z każdą minutą przybywało chętnych, głównie studentów i młodych robotników. Wysoko ponad dachami domów krążyły białoruskie śmigłowce, wypatrując z góry polskich barykad i stanowisk obronnych. W jednym z nich znajdował się generał lejtnant Mychajło Burmak. Pod jego bezpośrednimi rozkazami znajdowała się Dywizja Wojsk Wewnętrznych oraz dodana mu do wsparcia 3 Dywizja Zmechanizowana. Zadanie, jakie otrzymał, było proste. Można powiedzieć najprostsze z możliwych. Jego siły miały zmiażdżyć wszystkich obrońców, nie pozostawiając nikogo, kto mógłby przeciwstawić się nowym panom. Listy wszystkich ważniejszych urzędników, sędziów, nauczycieli, księży – sporządzone z niezwykłą starannością – czekały tylko na otwarcie. W pierwszej kolejności aresztować miano ponad pięć tysięcy osób, co do których istniała pewność, że będą bruździć. Generał Burmak od ponad trzydziestu lat pełnił ciężką służbę w organach bezpieczeństwa. To na jego barkach spoczywało odpowiedzialne zadanie rozprawienia się ze wszystkimi niewygodnymi: od duchownych po robotniczych liderów. Przyglądając się miastu z wysokości kilkuset metrów, zastanawiał się nad odpowiednią taktyką. A że nie był zbyt skomplikowanym człowiekiem, najlepiej wszelkie punkty oporu ostrzelałby ciężką artylerią. Jednak ręce krępowały mu rozkazy. Ponieważ Białystok miał wejść w skład poszerzonego państwa, nie wszystko wypadało zrównać z ziemią. Jak do tej pory obrońcy wykazali zdrowy rozsądek, nie ostrzeliwując nawet krążących nad nimi helikopterów. Ciekawe, jak postąpią, widząc zbliżające się czołgi. Mychajło Burmak klepnął pilota w ramię i gestem nakazał mu powrót na polowe lądowisko. Śmigłowiec obniżył lot i skierował się w kierunku północnej obwodnicy. Tam, tuż za rogatkami miasta, czaiły się gotowe do natarcia oddziały szturmowe. Przelatując nad nimi, generał szyderczo się uśmiechnął, odsłaniając żółte od tytoniu zęby. Widok czołgów i transporterów, które za chwilę miały wejść do akcji, sprawił mu dużą satysfakcję. Pilot wprowadził maszynę w ostatni zakręt i miękko wylądował na wolnym od pojazdów kawałku drogi. Nie czekając aż łopaty wirnika staną w miejscu, generał szarpnięciem otworzył drzwi i schylając się nisko, odszedł od śmigłowca w kierunku dowódczego BTR-80K. – Zdaje się, towarzyszu generale, że mamy piękny dzień na stoczenie bitwy – jeden z przybocznych starał się przypochlebić bardziej niż inni. – Taaak, niech Jermałow się szykuje. Ma na to dziesięć minut. Oficerowie w większości rozbiegli się do swoich oddziałów. Przy Burmaku pozostało tylko dwóch jego najbardziej oddanych współpracowników. – Znacie polecenia naszych władz – powiedział do nich, wyjmując z przewieszonej przez pierś raportówki notes. – Za każdego zabitego żołnierza bierzemy dziesięciu zakładników. Wszelki opór musimy unicestwić w zarodku. – Tak jest. Wszystko zostało przygotowane zgodnie z rozkazami – oświadczył jeden z nich, zezując w kierunku ruszających czołgów. W pierwszym z nich siedział pułkownik Ilia Jermałow. Jako prawa ręka generała miał poprowadzić szturm na miasto. Jego T-80 wyposażony w dodatkowe systemy łączności był dla obrońców uzbrojonych jedynie w lekką broń prawdziwym stalowym potworem. – Wpieriod! – krótki rozkaz pobudził niemrawą do tej pory kolumnę do działania. Pierwsze metry pokonano bez większych trudów. Dopiero potężna barykada ułożona z autobusów i metalowych kontenerów zagrodziła im drogę opodal parku Poniatowskiego. Szeroka, wielopasmowa ulica Branickiego była główną arterią wjazdową do centrum miasta. – Wieża do tyłu i taranujemy – polecenie przekazane przez system łączności wewnętrznej dotarło do celowniczego. Ten uruchomił mechanizm i długa lufa wykonała obrót o sto osiemdziesiąt stopni. Mechanik nie czekał dłużej, dodał gazu i wbił się w unieruchomiony autobus. Zgrzyt dartego metalu i wybijanych szyb dotarł nawet do wnętrza czołgu. Szerokie gąsienice krzesały iskry na stalowych płytach, a przód T-80 uniósł się. Jermałow miał tylko nadzieję, że obrońcy nie dysponują przeciwpancernymi granatnikami. Jeden wystrzelony w spód czołgu posłałby ich do nieba… lub raczej do piekła, jak poprawił się w myśli z przekąsem pułkownik. Nic takiego się nie stało i w końcu czołg przedarł się przez zwały złomu, czyniąc przejście następnym. Obracając wieżę z powrotem, Jermałow przywarł do peryskopu i poczuł ból w oczach. Ciśnięta z najbliższego domu butelka z benzyną rozlała się na pancerzu. – Jasna cholera! – krzyknął. – Nic nie widzę! Dopiero po dłuższej chwili znów mógł popatrzeć załzawionymi oczami. Wszystkie czołgi pierwszego plutonu płonęły. Błękitno-pomarańczowe ogniki tańczyły na nich, nie czyniąc im jednak żadnej szkody.– Odłamkowym. – Jest odłamkowy. – Ognia. Pocisk z armaty wybił w najbliższej kamienicy dziurę i uśmiercił znajdujących się w środku. Pozostałe wozy także otworzyły ogień, siejąc dokoła śmierć i zniszczenie. Wkrótce po obu stronach ulicy paliła się większość domów. Czarny dym uniósł się ku letniemu niebu. Do huku czołgowych dział dołączyły serie z karabinów maszynowych, zabijając rzeczywistych i domniemanych obrońców. – Teraz jazda. Następny przystanek: skwer Armii Krajowej. Prowadzący T-80 Jermałowa ruszył do przodu. Przez wizjer pułkownik ujrzał czerwony wóz straży pożarnej chcący za wszelką cenę dostać się na pełną ognia i dymu ulicę. Wierząc w swoją neutralność, jechał w ich kierunku trąbiąc i błyskając niebieskimi światłami. – Kumulacyjny – mściwa satysfakcja kierowała teraz decyzjami Jermałowa. – Siedzi – odkrzyknął celowniczy pochylony nad swoimi przyrządami. – Ognia! Odrzut wstrząsnął czołgiem, gdy szczęknęła armata. Pojazd straży trafiony pociskiem przeznaczonym do niszczenia wozów bojowych, został wręcz rozniesiony. Fala uderzeniowa sprawiła, że ze spieszących na ratunek ludzi pozostały jedynie krwawe strzępy. Rozpędzony T-80, jak poprzednio, wjechał na rozbity samochód i zmiażdżył go swoimi gąsienicami. Teraz już nikt nie powinien mieć ochoty do pomagania bliźnim. • Dowodzący obroną miasta major Jan Grot sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął z niej chusteczkę. Ocierając z twarzy pot, rozejrzał się w poszukiwaniu komendanta miejskiego policji. – Coś mi się zdaje, panie Bronku, że długo nie wytrzymamy. – Może od razu powinniśmy poddać miasto? – I oddać tym sukinsynom wszystko walkowerem?! Po moim... – nie dokończył. Słowo „trup” jakoś w obecnych okolicznościach wydało się Grotowi nie na miejscu. – Z tego, co wiem, przełamali nasze pozycje na Piastowskiej. Zresztą, co to były za pozycje – pieklił się policjant – musielibyśmy mieć ciężki sprzęt, a nie ludzi ze śrutówkami. Echo pobliskiej detonacji wstrząsnęło murami, ogłuszając ich na chwilę. Z sufitu i ścian posypał się kurz i pył, okrywając wszystko białym całunem. – Nie poddam miasta, przynajmniej jeszcze nie teraz. – Przecież wiem, ja tylko tak – dokończył policjant i otrzepał mundur. – Powinniśmy chyba dodać otuchy naszym obrońcom – major podniósł leżący na stole AK-47, będący jeszcze na wyposażeniu niektórych oddziałów obrony terytorialnej. Dwa pełne magazynki i trzeci podpięty pod bronią dawał mu zapas dziewięćdziesięciu nabojów.– Jeden pocisk, jeden zabity wróg – major chciał dodać sobie odwagi, zbierając się do wyjścia. Komendant policji popatrzył na niego z politowaniem i po paru sekundach wahania ruszył za nim. Przy wyjściu z komendy natknęli się na sanitariusza przeciskającego się do środka z rannym cywilem na plecach. – Majorze, barykada pałacu padła! – w czterech krótkich słowach zawarła się cała tragiczna sytuacja. – Zbierz wszystkich, co chcą walczyć, i dołącz do mnie – major klepnął policjanta w ramię i samotnie ruszył przed siebie. Nie przebiegł nawet pięćdziesięciu metrów, kiedy zaczęli dołączać do niego ochotnicy. Z piwnic i zakamarków, ściskający w dłoniach najróżniejszą broń, biegli za nim, nie zważając na niebezpieczeństwo. Białorusini posuwali się główną ulicą miasta, niszcząc ogniem z dział wszystkie umocnione punkty oporu. Bitwa, od początku prowadzona bez szans na zwycięstwo, zaczęła przypominać masakrę. Na szczęście Grotowi pozostał jeszcze jeden atut. Wycofujące się polskie jednostki pozostawiły w mieście co nieco ze swojego uzbrojenia. Nie było tego wiele. Trochę moździerzy i karabinów maszynowych oraz amunicji. Najcenniejszym sprzętem w arsenale majora były granatniki. Stare RPG i nowsze Spike zdobyte prośbą i groźbą od znajomych majora stały się jego ostatnią deską ratunku. Odwodowa drużyna specjalnie przeszkolonych żołnierzy zajmowała swoje kwatery w piwnicy kamienicy przylegającej do rynku Kościuszki. Chorąży dowodzący drużyną stał w bramie i spoglądał w kierunku nadjeżdżających T-80. Widząc podbiegającego majora, krzykiem ponaglił swoich ludzi stojących we wnętrzu budynku. Grot nie bez satysfakcji zauważył, że jego oddział urósł do czterdziestu ludzi, łącznie z tymi, których sam przyprowadził. – Zna pan swoje zadanie? – młody, chudy chorąży przytaknął. – Nie możemy dopuścić, żeby wdarli się do centrum. – Już są w centrum – przytomnie zauważył chorąży. – No tak, więc lepiej będzie, jak kopniemy ich w dupę – odparł major, mrugając do niego. W perspektywie ulicy widać było liczne pożary spowodowane przez białoruskie wozy bojowe. Ogień broni strzeleckiej to cichł, to wzmagał się, nigdzie jednak nie umilkł zupełnie. Gdy zajmowali pozycje na górnych piętrach domów, Grot uświadomił sobie, jak głęboko wdarli się Białorusini. Ze swojego miejsca widział trzy ustawione w klin czołgi, które posuwały się do przodu. Czarne od sadzy pancerze świadczyły o zaciętości walk. Za nimi, nie dalej niż sto metrów, sunęły gąsienicowe wozy piechoty i kołowe transportery. Jakieś dwieście metrów, ocenił major, ponownie przyglądając się czołgom. Pierwszy z nich, z pogiętymi antenami, był prawdopodobnie wozem dowodzenia. Sto pięćdziesiąt – z tej odległości można już było dostrzec, jak potężną maszyną jest T-80. Na dalsze rozmyślania zabrakło czasu. Świat wokół niego przyśpieszył i Grot odniósł wrażenie, że jest tylko widzem w telewizyjnym reality show. Dwa pierwsze pociski trafiły w górny pancerz dowódczego czołgu. Maszyną szarpnęło w przód i w następnej chwili jego kadłub strzelił ogniem na wszystkie strony. Zdumiony major obserwował, jak pancerna wieża zostaje wyrzucona w powietrze eksplozją amunicji. Drugi T-80 zaczął kopcić dymem z trafionego przedziału silnikowego. Trzyosobowa załoga starała się opuścić płonący pojazd, lecz została wybita ogniem broni strzeleckiej. Zwłoki leżały teraz na asfalcie, znacząc go krwawymi zaciekami. Dowódca ostatniego czołgu, dojrzawszy pogrom, jaki dokonał się na jego oczach, próbował zawrócić. Cofając się, ostrzeliwał wszystko wokół. Prawie udało mu się wyjść z rzezi, kiedy jeden z podwładnych chorążego wychylił się z okna tak daleko, że drugi musiał podtrzymywać go za pas u spodni, a trzy sekundy później pocisk z granatnika trafił w gąsienicę T-80. Zerwana taśma rozwinęła się za czołgiem, a sama maszyna zatrzymała się w miejscu. Z transporterów jadących w drugiej linii wyskoczyła piechota, ostrzeliwując polskie stanowiska. Grot do tej pory przyglądający się tylko wydarzeniom, zerknął przez celownik swego AK-47. Już miał wystrzelić, kiedy spostrzegł, że przełącznik w jego karabinku ustawiony jest na ogień ciągły. Przestawił go na pojedynczy i poszukał dla siebie pierwszego celu. Ze swojego miejsca doskonale widział przedpole. Jeden z BTR-ów podjechał do płonącego czołgu, by skryć się w jego cieniu. Skulone figurki białoruskich piechurów przyczaiły się za transporterem. Major starannie wycelował i wystrzelił. Odrzut broni kopnął go w ramię, podbijając ją nieco do góry. Z zamka wyleciała pusta łuska. Przeciwnik, którego obrał za cel, padł do tyłu z rozłożonymi szeroko ramionami. Zabiłem człowieka, z niepokojem pomyślał major, ale zaraz się uspokoił. Teraz o swoich wrogach myślał nie jak o ludziach, ale o celach. Dwa. Trzy. Cztery. Kolejni białoruscy żołnierze nieruchomieli na białostockim bruku. Z prawej i lewej strony drużyna majora prowadziła morderczy ostrzał do widocznych w dole wrogów. Bezimienna masa goniona do ataku przez bezlitosnych oficerów. Ich ciała padały dziesiątkami na ziemię i już nigdy więcej nie miały się podnieść. W pewnym oddaleniu ukazały się nowe czołgi i wozy bojowe. Zająwszy pozycje z dala od polskich stanowisk, zaczęły ogniem swych armat równać wszystko z ziemią. Nie ma sensu dać się zabić. Grot już miał dać rozkaz do odwrotu, gdy kamienica zadrżała. Pociski burzące uderzały w budynek, zupełnie go demolując. Odskakując do tyłu, major poczuł, jak zapada się pod nim podłoga, a on sam leci w dół. Nie zdążył się nawet dobrze przestraszyć, kiedy litościwie ogarnęły go ciemności.

ukryj fragment książki

aktualności

INNE TEGO AUTORA

HYDRA
07.12.2016
CZAS ODKUPIENIA
14.09.2016
METALOWA BURZA
17.02.2016
CIEŃ  PROROKA
07.10.2015
TROPICIEL
30.10.2014
DOKTRYNA WOLFFA
23.06.2014
HORYZONT ZDARZEŃ
09.10.2013
IMPERIUM
23.01.2013

o autorze

Vladimir Wolff

Vladimir Wolff

Pisarz od urodzenia związany z zachodnim Pomorzem. Historyk z wykształcenia i zamiłowania – jego specjalizacja to dzieje Niemiec i Rosji. Znajomość tematu i brak współczesnej polskiej literatury o charakterze politycznym i militarnym sprawiły, że postanowił podjąć wyzwanie i zmierzyć się z tematem wojennego thrillera.  

Cykle:

STALOWA KURTYNA
1. Stalowa kurtyna
2. Czerwona apokalipsa
3. Piaski armagedonu
4. Północny sztorm
5. Horyzont zdarzeń
6. Doktryna Wolffa

 

ODLEGŁE RUBIEŻE
1. Kryptonim burza
2. Operacja pętla

 

Świat przed ARMAGEDONEM
- Tropiciel
- Bractwo Nieśmiertelnych
- Cień proroka
1. Metalowa burza - ARMAGEDON

 

Poza cyklem
- Imperium