KAUKASKIE EPICENTRUM książka 32,00 zł Audiobook 28,00 zł E-book 27,99 zł
Format: 144x207 mm
Stron: 352
Oprawa miękka
ISBN: 978-83-9300-661-8

KAUKASKIE EPICENTRUM

PREMIERA: 16 czerwca 2010
Dynamiczna akcja, świetni bohaterowie, dobrze oddane realia współczesnego pola walki z biało-czerwonymi w roli głównej. Polecam.

Konrad Sosiński, Wargamer

W 2008 roku Gruzińska interwencja zbrojna w Osetii sprowokowała Rosję do ostrego działania, którego efektem był rajd jej armii zatrzymany kilka kilometrów od Tbilisi. Sytuacja skomplikowała się do tego stopnia, że groźba kolejnej wojny światowej na nowo zawisła nad starym kontynentem. Co by było, gdyby NATO zareagowało równie zdecydowanie i wsparło Gruzję nie tylko w zakresie logistyki i dyplomacji? Gdyby naprzeciw rosyjskim kolumnom pancernym wysłało najlepsze oddziały? Gdyby wysłało nas, Polaków? Marcin Gawęda, historyk i publicysta wojskowy, znany z artykułów w Nowej Technice Wojskowej , Komandosie oraz Armii, w brawurowym stylu przedstawia właśnie taką wersję wydarzeń. Dynamiczną akcję śledzimy z perspektywy wszystkich stron konfliktu. Autor przenosi nas od politycznych gabinetów do wnętrz czołgów, samolotów i ze znawstwem przedstawia realia współczesnego pola walki.


fragmenty

Rozwiń tekst

Irak, Falludża, kwiecień 2004, 13.33 czasu lokalnego Pocisk gwizdnął mu koło ucha, odłupując za nim kawałek ściany. Sierżant Bogdan Anielak nawet nie drgnął – za bardzo czuł już krew przeciwnika. Rebeliancki strzelec wyborowy, który do niego strzelał, był wyraźnie widoczny w oknie na piątym piętrze oddalonego o czterysta dziesięć metrów dużego szpitala. Już jesteś martwy, pomyślał, wyrównał oddech i delikatnie musnął spust. Sako TRG-22 leciutko kopnął i pocisk pomknął na spotkanie z wrogiem. Snajper zobaczył, jak głowa rebelianta gwałtownie odskoczyła do tyłu – trafił prosto w oko. –...

Irak, Falludża, kwiecień 2004, 13.33 czasu lokalnego Pocisk gwizdnął mu koło ucha, odłupując za nim kawałek ściany. Sierżant Bogdan Anielak nawet nie drgnął – za bardzo czuł już krew przeciwnika. Rebeliancki strzelec wyborowy, który do niego strzelał, był wyraźnie widoczny w oknie na piątym piętrze oddalonego o czterysta dziesięć metrów dużego szpitala. Już jesteś martwy, pomyślał, wyrównał oddech i delikatnie musnął spust. Sako TRG-22 leciutko kopnął i pocisk pomknął na spotkanie z wrogiem. Snajper zobaczył, jak głowa rebelianta gwałtownie odskoczyła do tyłu – trafił prosto w oko. – Jeszcze jeden. Drugie piętro, dwadzieścia metrów w lewo, narożne okno – przydzielony Anielakowi do obserwacji spotter z oddziału marines starał się mówić spokojnie i wyraźnie, żeby Polak nie miał żadnych wątpliwości. Anielak kiwnął tylko głową na znak, że rozumie, i przesunął celownik lunety. Marine, korzystając z urządzenia wykrywającego celowniki optyczne i lornetki, wynajdywał jedynie strzelców wyborowych albo dowódców – zwykłych rebeliantów, na ogół strzelających panu Bogu w okno, zupełnie ignorował. – Zaraz powinien się pojawić w oknie, czekaj cierpliwie – dobiegł Anielaka spokojny, pewny głos wprawnego obserwatora. Chwila, która niedoświadczonemu snajperowi wydawałaby się wiecznością, była zaledwie kilkusekundową pauzą, w której rebeliant zapewne brał krótki oddech przed kolejnym strzałem. – Co z nim? – zapytał beznamiętnie Anielak. – Easy man – sierżant Javier Marquez mówił flegmatycznie, z pewnością siebie, jakby zamawiał kawę w kafejce – pojawi się. Jest. Kurwa, Meksyk ma jaja jak cholera – przemknęło Anielakowi przez głowę, gdy w celowniku uchwycił składającego się do strzału rebelianta. Całe napięcie zniknęło, kiedy zobaczył cel. Wyrównał oddech. Miał chwilę, bo rebeliant przymierzył się ze swojego SWD, biorąc za cel jakiegoś marine na ulicy poniżej. Delikatnie wcisnął język spustowy, mierząc w głowę. Dobrze wycelowany pocisk odrzucił najemnego snajpera od okna jak szmacianą kukłę. – Pocisk w celu – doszedł go beznamiętny głos sierżanta Marqueza. Po sekundzie, może dwóch pauzy, usłyszał jeszcze lakoniczną pochwałę: – Good shot, man.Fragment II powieści Marcina Gawędy p.t. Kaukaskie epicentrumDzięki licznym peryskopom Rogosz miał dobrą świadomość sytuacyjną. Spojrzał na wzgórze i dopiero teraz zauważył, że śmignęły nad nim dwa kolejne samoloty. Ponad dźwięki wybuchów dał się słyszeć przytłumiony w transporterze huk silników. Zauważył, że spod samolotów odczepiły się małe punkciki, które za chwilę opadły na ziemię.– Boli mnie dupa, muszę się rozprostować – rzucił do reszty załogi i wyszedł na zewnątrz transportera. Huk był tu znacznie większy niż w środku. Zobaczył kilku żołnierzy z desantu, którzy przestali się już chować w okopach i ciekawie obserwowali sąsiednie wzgórze, komentując wydarzenia. Rogosz żałował, że nie ma lepszej lornetki i że Gruzini nie byli włączeni w system taktyczny, jaki obsługiwał Rosomaki, wówczas miałby pełny raport o tym, co się dzieje u sąsiadów. A tak musiał poprzestać na obserwacjach. – Panie podporuczniku, co się dzieje? – To, co widzicie, kapralu, co to za pytanie? – No jak to? Widać, że ruskie do ataku się nie wybierają, a obrabiają to cholerne wzgórze. Walą z Gradów, Uraganów i innego badziewia. Widać gołym okiem, że biedacy tego nie wytrzymają. Rogosz spojrzał na odległe o około półtora kilometra wzgórze. Widać było zmiecione i połamane drzewa, grupka kilku żołnierzy uciekała z zajmowanych pozycji. Wyglądało jednak na to, że reszta wzmocnionej kompanii wgryzła się głęboko w ziemię i utrzymuje swoje pozycje. – Mam kontakt! – słowa te zelektryzowały Rogosza, który natychmiast znalazł się w Rosomaku. – Major Suralidze? – zdążył jeszcze zapytać. – Nie. Nasz sztab. – Tu Kasztan – rzucił do radiostacji. – Tu Góra. – zgłosił się major Gruszka. – Jaka sytuacja? Wiemy tylko, że ruski obrabiają wzgórze Dwa-Zero-Jeden. Co u was? Rogosz wiedział, że pluton marines zajmujący stanowiska w rejonie sztabu gruzińskiego batalionu dawał w sztabie generała Garnetta dobrą orientację taktyczną i łączność, ale już inaczej było przy mniejszych pododdziałach gruzińskich. Tu sytuacja była bardziej skomplikowana, gdyż nie były one w żaden sposób włączone do informatycznych systemów wymiany danych, pozostawaławięc klasyczna łączność radiowa. – U nas OK. Nie mamy kontaktu z kompanią majora Suralidze, ale jak widzę, utrzymują swoją pozycję mimo silnego ognia. Wzgórze Dwa-Zero-Dwa nie jest niepokojone. Widzimy Rosjan, ale wydaje się, że raczej się okopują. – Nie zanosi się na atak? – Raczej nie. Są w wiosce i okolicznym lasku, jakieś półtora kilometra od nas. Trochę beteerów i bewupów. Czołgów chyba nie ma. – No u was raczej być nie powinno. Wywiad donosi, że kolumny pancerne wloką się z tyłu. Dane przesyłane z Global Hawka pokazują, że większe kolumny pancerne są jeszcze co najmniej kilkanaście kilometrów z tyłu. Zresztą po atakach amerykańskiego lotnictwa trochę stracili na kozackiej fantazji, więc nie sądzę, żeby jeszcze coś knuli. Tak czy srak, bądźcie czujni, Kasztan. – Jesteśmy. Wszystkie Kasztany okopane, piechota też.– Dobrze. Jak mówię, nie wydaje się, żeby coś się jeszcze wielkiego działo, ale kto ich tam wie – na moment łączność siadła, ale zakłócenia trwały tylko chwilę – …nie wiem. W wielu miejscach obrabiają pozycje gruzińskie. Tylko gruzińskie, rozumiecie? – Rozumiem. – Szykujemy się do drogi, więc powinniśmy do was niedługo dotrzeć. To tyle, bez odbioru. Przez kilka minut nic się nie działo. Nagle radiostacja ożyła. – Tu Orzeł do Kasztana, melduję, że widzę dwóch zamaskowanych zwiadowców nepla. Odległość według pomiarów dwieście czterdzieści metrów i maleje. Powtarzam, widzę dwóch... Nie! Trzech ruskich! – Skradają się do nas z godziny ósmej, dziewiątej! – O kurwa – syknął Rogosz, ale starał się zachować spokój. Jakiś specnaz czy co? Dziewiąta to z lewej strony, ale ósma… Cholera to nieco z tyłu. Jasny gwint! – Zbliżają się do nas, co mamy robić? – Durdziak czekał na rozkazy, w głosie można było wyczuć lekką panikę. – Durdziak, spokojnie, najpierw podaj dokładne koordynaty, powinniśmy ich widzieć. – To chyba jakiś osetyjski specnaz. Pięciu, może sześciu. Mają białe chustki identyfikacyjne, są jakieś dwieście metrów od nas. Skradają się… – Nie wychylajcie się z okopu i powtarzam podaj koordynaty dla Hitfista, do cholery! Ostrzelamy ich. System łączności zaczął wypluwać dokładne koordynaty, które dyktował zdenerwowany Durdziak. Dane pozwoliły Rogoszowi szybko ustawić wieżę systemu Hitfist-30P w żądanym kierunku. Przez dzienno-nocny celownik Rogosz uchwycił czubki hełmów obu żołnierzy, którzy siedzieli ukryci w głębokim na szczęście okopie, wtulonym w bok potężnego dębu. Lustracja terenu wokoło niewiele przyniosła. – Kurwa mać – wypsnęło się Rogoszowi po fonecie. – Gówno widzę. – Kurwa, zaraz nas załatwią, otwieram ogień! – krzyknął Durdziak, po czym dała się słyszeć seria, potem druga. W celowniku nie mógł uchwycić przeciwników, bo ukrywało ich załamanie terenu. Komandosi osetyjscy czy ruscy, jeden czort! – myśli galopowały mu przez głowę – znali się na swoje robocie i czaili się tak, że chronił ich garb terenu. W takiej sytuacji na nic peryskopy, na nic termowizyjna kamera II generacji Tillde FC. Jasny gwint, Rogosz podjął decyzję w ułamku sekundy. – Kiełbasa wyjeżdżaj tym karawanem, kurwa! – rzucił po fonecie do kierowcy. – Zabawimy się w husarię!

ukryj fragment książki

aktualności

INNE TEGO AUTORA

IX ZMIANA
25.07.2012
REBELIA
04.05.2011

o autorze

Marcin Gawęda

Marcin Gawęda

Absolwent Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego. Publicysta wojskowy („Nowa Technika Wojskowa”, „Komandos”, „Armia”), pasjonat m.in. wargamingu. Debiutował powieściami popularno-naukowymi, teraz zamiłowanie do historii wojskowości realizuje w technothrillerach w serii WarBook. Jego ogromną wiedzę z zakresu współczesnego pola walki oraz lekkie pióro doceniło już wielu czytelników. Powieść „Rebelia” znalazła się wśród najlepiej sprzedających się książek w sieci salonów Empik.