WWW.1939.COM.PL książka 34,90 zł Audiobook 24,00 zł E-book 27,99 zł
Format: 144x207 mm
Stron: 336
Oprawa miękka
ISBN: 978-83-925879-4-1

WWW.1939.COM.PL

PREMIERA: 1 września 2007

Podpułkownik Jerzy Grobicki, dowódca Pierwszego Samodzielnego Batalionu Rozpoznawczego, nawet w najczarniejszych snach nie przypuszczał, że wraz ze swoją elitarną jednostką zamiast w Afganistanie  roku 2007, wyląduje pod Mokrą w dniu 1 września 1939 roku i z miejsca zostanie zaatakowany przez Wermacht. Rozpoczyna się fascynująca gra wojenna. Garstka żołnierzy NATO, uzbrojona w śmiercionośny, futurystyczny sprzęt, zmaga się w krwawym boju z nieprzeliczoną potęgą hitlerowskich Niemiec. Grobicki ma przy tym świadomość, że broniąc ojczyzny swoich dziadów, jednocześnie ingeruje w historię, czego skutków nie jest w stanie przewidzieć. W tym niesłychanym dziele sekundują mu barwni oficerowie i żołnierze, a także piękna pani kapitan Nancy Sanchez z US Army.

W cyklu ukazały się:

1. WWW.1939.COM.PL

2. MAJOR

3. WWW.1944.WAW.PL

4. KAPITAN JAMRÓZ

5. WWW.2012RU.PL 

6. WWW.AFGAN.COM.PL 

 SCENARIUSZE FILMOWE

 


fragmenty

Rozwiń tekst

Las kończył się może kilometr od wsi. Nie widziałem żadnych zniszczeń ale mieszkańcy postanowili nie kusić losu. W momencie, w którym nadlecieliśmy całe rodziny wraz z dobytkiem biegły właśnie w stronę drzew. Szpica niemal dotarła do celu, kiedy za plecami grupy niewielkie krzaczki rozpryśniętego kurzu ułożyły się na ziemi równymi ściegami i błyskawicznie dogoniły uciekinierów. Ludzie, konie, wozy splotły się w jeden wielki, krwawy, rozedrgany kłąb. Pociski rozrywały wszystko, nie wybierając – dorosłe i dziecięce ciała, dobytek, zwierzęta... Scena była całkowicie niema – nie słyszeliśmy ani...

Las kończył się może kilometr od wsi. Nie widziałem żadnych zniszczeń ale mieszkańcy postanowili nie kusić losu. W momencie, w którym nadlecieliśmy całe rodziny wraz z dobytkiem biegły właśnie w stronę drzew. Szpica niemal dotarła do celu, kiedy za plecami grupy niewielkie krzaczki rozpryśniętego kurzu ułożyły się na ziemi równymi ściegami i błyskawicznie dogoniły uciekinierów. Ludzie, konie, wozy splotły się w jeden wielki, krwawy, rozedrgany kłąb. Pociski rozrywały wszystko, nie wybierając – dorosłe i dziecięce ciała, dobytek, zwierzęta... Scena była całkowicie niema – nie słyszeliśmy ani strzałów, ani krzyków ofiar. Ale widzieliśmy wszystko nawet aż za dobrze. Kilkanaście ludzkich postaci upadło na ziemię. Wieteska pewnie miał sprawców masakry od dobrej chwili na radarze, ale my zobaczyliśmy ich dopiero teraz: od zachodu lotem koszącym nadlatywały nad wieś cztery smukłe myśliwce z dobrze widocznymi swastykami na ogonach. Rozrzucone szeroką ławą leciały powoli, chcąc mieć dużo czasu na dokładne celowanie i precyzyjny strzał. Nie spodziewali się żadnych kłopotów. Nas, ustawionych pod ostrym kątem do osi lotu, po prostu nie zauważyli. Przerwali na chwilę ostrzał i zbliżyli się niespiesznie do bezradnych, przerażonych ludzi, którzy w szaleńczym biegu upatrywali naiwnie swojej jedynej szansy przetrwania. Jeszcze kilka sekund, parę krótkich serii, i polowanie zostanie pomyślnie zakończone Poczułem odbierające rozum uderzenie adrenaliny. Co innego czytać opisy wyczynów Luftwaffe, a co innego widzieć je z bliska na własne oczy. Cała ekipa, łącznie z Nancy, była wstrząśnięta Moja frustracja szybko znalazła ujście Miałem w końcu pod ręką odpowiednie argumenty, żeby nauczyć tych drani rozumu. – Johny – powiedziałem do interkomu – zestrzel ich. – Tak jest. – Jego głos był tak opanowany, że aż nienaturalny. Padła seria komend i oba śmigłowce ustawiły się obok siebie, przygotowując się do strzału. Zaterkotały serie i jeden z myśliwców zadymił. Chwilę zajęło mi zrozumienie, że to nie my strzelaliśmy Za plecami Niemców i nieco nad nimi zobaczyłem dwa samoloty o charakterystycznej, wygiętej do góry linii skrzydeł. Nawet ja, laik, rozpoznałem je jako P-11c, podstawowe polskie myśliwce we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku. Musiały dzięki długiemu lotowi nurkowemu zyskać przewagę prędkości nad Niemcami, bo szybko ich doganiały. Będąc nie dalej jak sto metrów od nieprzyjaciela, ponownie otworzyły ogień Skutki były natychmiastowe: jeden z niemieckich samolotów – ten uszkodzony pierwszą serią – zapalił się, zatoczył jak pijany i uderzył o ziemię, rozlatując się w gwałtownej eksplozji. Drugi, gorzej widać trafiony, zadymił i czym prędzej zaczął zmykać z pola walki. Polacy poderwali maszyny, by nawrócić do drugiego ataku. Niemcy oczywiście nie czekali. Rozprysnęli się na boki, szybko zyskując wysokość Tuż przed naszym nosem zaczęła się regularna walka powietrzna. Samoloty zwijały się w szaleńczych zwrotach, gęsto strzelając. Polacy przewyższali Niemców zwrotnością Niemcy górowali szybkością i uzbrojeniem. W końcu jedna z polskich maszyn oberwała. Pilot próbował rozpaczliwym zwrotem uniknąć kolejnej serii, ale silnik, widać uszkodzony, odmówił posłuszeństwa Niemiec podleciał i z bardzo bliskiej odległości wpakował w Polaka długą serię. Jedenastka dosłownie rozleciała się w powietrzu. Nie widziałem, żeby pilot chociaż próbował wyskoczyć ze spadochronem. Drugi polski pilot nie zrezygnował, chociaż nie miał szans. Walka dwóch na jednego, nawet na sprzęcie porównywalnej klasy, jest trudna, o ile nie beznadziejna. Polak był jednak mistrzem. Umiejętnie wyrwał się Niemcowi, przewrócił samolot na plecy i pod nieprawdopodobnym kątem oddał serię. Krótką – najwyraźniej zabrakło mu amunicji. Trafił, ale nie na tyle skutecznie, żeby posłać Niemca na ziemię. Co prawda nieprzyjacielski myśliwiec zakołysał się i z kadłuba odpadły fragmenty poszycia, ale uszkodzenie nie wyeliminowało go z walki. Do akcji włączyła się druga maszyna. Mając zupełną swobodę, zaszła Polaka od tyłu, przyspieszyła i wywaliła kilkadziesiąt pocisków prosto w ogon myśliwca Więcej nie było trzeba – jedenastka zaczęła się palić Pilot już nie myślał o ucieczce ani o ocaleniu samolotu. Jedyne, co mu pozostało, to ratowanie własnej skóry. Przewrócił maszynę na plecy i wyskoczył ze spadochronem. Krok bardzo ryzykowny, bo walka odbywała się na wysokości nie większej niż dwieście metrów od ziemi, ale samolot nie słuchał sterów i nie było mowy o podciągnięciu do góry. Spadochron zadziałał prawidłowo i gdzieś w połowie dystansu biała czasza otworzyła się, ku uldze nas wszystkich i zapewne samego zainteresowanego, skutecznie zwalniając prędkość opadania. Dla obu Niemców była to świetna okazja, żeby sobie jeszcze trochę postrzelać. Myśliwce zawróciły i zaczęły lecieć w kierunku bezradnie dyndającego pięćdziesiąt metrów nad ziemią Polaka. Całą tę kilkuminutową potyczkę obserwowaliśmy w całkowitym milczeniu, zafascynowani jej brutalnym pięknem. Być może mogliśmy interweniować wcześniej i zestrzelić oba messerschmitty, ale jakaś niepokojąca siła kazała nam czekać do końca. Może po prostu ciekawiło nas, kto wygra? Teraz jednak nie mogliśmy pozwolić, aby czarne charaktery zatriumfowały. W czasach poprawności politycznej happy end był obowiązkowy. Johny nawet nie zawracał sobie głowy wydawaniem rozkazu. Obaj operatorzy uzbrojenia już wcześniej wprowadzili do komputera odpowiednie dane, dwa pięciolufowe działka podwieszone pod przednimi kabinami śmigłowców nieznacznym ruchem odwróciły się w stronę nieprzyjaciela i dwa palce zacisnęły się na spustach. Dwudziestopięciomilimetrowe przeciwpancerne pociski potrzebowały pół sekundy na przebycie dystansu dzielącego je od niemieckich myśliwców. Oba dostały w tym samym momencie. Serie były naprawdę krótkie, ale samolotom z 1939 roku uderzenie pocisków skonstruowanych pięćdziesiąt lat później wystarczyło aż nadto. Maszynami wstrząsnęło kilkanaście, zlewających się w jeden, wybuchów. Dwie kule ognia po krótkim locie nurkowym prawie równocześnie uderzyły o ziemię i rozlały się na niej wielkimi, oślepiająco jasnymi plamami. Polski lotnik wylądował szczęśliwie spory kawałek od nich. Jego samolot, lecąc cały czas kołami do góry i dymiąc obficie, zatoczył łagodny łuk, po czym rozbił się z głośnym hukiem na skraju wsi. Powietrze znów było spokojne i cudownie czyste, zachowując urok ciepłego, letniego wieczoru. Tylko sześć płonących maszyn, pokrwawione ciała pod lasem i leżący na skłębionym spadochronowym jedwabiu pilot świadczyły o jatce, która się tu wydarzyła. Ci z mieszkańców wsi, którzy przeżyli masakrę, stali pod lasem i z mściwą satysfakcją obserwowali walkę. Nagle jak jeden mąż odwrócili się i zaczęli uciekać z powrotem w stronę wsi. Tylko przez chwilę ich zachowanie wydało mi się niezrozumiałe. Długą tyralierą wychodził z lasu oddział żołnierzy gęsto przetykany wozami pancernymi i czołgami. Co najmniej wzmocniona kompania. I nie byli to nasi żołnierze. – Kompania piechoty z czołgami po jednego jeńca? – zdziwiłem się. – Mają sporo wolnych ludzi, zdaje się. – Nie – zaprzeczył Galaś. – To chyba oddziały z 1 Pancernej atakują Kłobuck. Pamiętam, że jakoś tak pod wieczór Niemcy weszli do miasta. – Zwariować można od tego galimatiasu czasowego – mruknąłem. Galaś pamiętał coś, co się dopiero wydarzy. Ale w tej sytuacji decyzja jako logiczna konsekwencja wszystkiego, co działo się do tej pory, mogła być tylko jedna...

ukryj fragment książki

aktualności

INNE TEGO AUTORA

Mróz
22.11.2017
WIATR
22.11.2017
Upał
02.08.2017
WWW.1944.WAW.PL
11.11.2009

o autorze

Marcin Ciszewski

Marcin Ciszewski

 Ukończył historię na Uniwersytecie Warszawskiem. Pracował jako dziennikarz, muzyk i agent nieruchomości. Zadebiutował w 2008 roku powieścią „www.1939.com.pl”, rozpoczynając cieszący się olbrzymią popularnością wojenno-sensacyjny cykl Wojna.pl („www.1939.com.pl”, „Major”, „www.1944.waw.pl”, „Kapitan Jamróz”, „www.2012ru.pl”, „www.afgan.com.pl”).

Ma na swoim koncie kilka kryminałów („Mróz”, „Upał”, „Wiatr”), zbiór scenariuszy filmowych oraz paradokumentalną opowieść „Powstanie Warszawskie. Wędrówka po walczącym mieście”.

Tom „Krüger. Szakal” rozpoczął nowy, czterotomowy cykl o Wilhelmie Krügerze, lwowskim złodzieju wplątanym w tryby wielkiej historii u zarania niepodległości II Rzeczpospolitej...



Książki Ciszewskiego cieszą się ogromną popularnością wśród czytelników oraz uznaniem mediów. Marcin Ciszewski za każdym razem zaskakuje czytelnika scenerią, która niezmiennie stanowi interesujące tło dla zmagań doskonale skrojonych bohaterów. A to właśnie bohaterowie poza świetnymi opisami walk są największym atutem prozy Ciszewskiego.
Konrad Sosiński, Wargamer

„Major” to patriotic fiction najwyższej próby. Wywraca do góry nogami wojenne losy Rzeczpospolitej i daje nadzieję na historyczną vendettę na sowietach.
Tymon Smektała, CD-Action

Gdyby Tom Clancy pisał książki o okupowanej Warszawie, miałby w Marcinie Ciszewskim godnego rywala. „Majorˮ łączy najlepsze cechy powieści wojennej i thrillera szpiegowskiego. Akcja rozwija się dynamicznie, intryga gęstnieje z każdą chwilą. Do samego końca nie wiemy, kto będzie górą w tym starciu - hitlerowcy, Sowieci czy Polacy. To sprawia, że od powieści trudno się oderwać.
Paweł Jasiński, serwis Polter.pl

Marcin Ciszewski traktuje historię bez złudzeń. Owszem, wierzy w szlachetne idee, wierzy w humanizm, patriotyzm i bezinteresowność, w dużej jednak mierze odmawia tych cech i polityce, i politykom. I trudno się z nim nie zgodzić, gdy pomyśli się, jaki los zgotowali światu politycy po 1945 r. Dlatego preludium do tych zdarzeń, umieszczone w powieści, brzmi tak wiarygodnie.
Władysław Ordęga, redaktor