CZERWONA APOKALIPSA książka 32,00 zł Audiobook 34,90 zł E-book 27,99 zł
Format: 144x207 mm
Stron: 384
Oprawa miękka
ISBN: 978-83-930066-4-9

CZERWONA APOKALIPSA

PREMIERA: 20 października 2010

Kolejna mocna powieść Vladimira Wolffa, patriotic fiction najlepszej próby z Polakami w rolach głównych. 

Witold Nieć, publicysta

Kadencję prezydenta Ukrainy Janukowycza szybko przerywa katastrofa lotnicza. Rządy jego następcy, Juszczenki, jeszcze szybciej kończy kula snajpera. Ukraina pogrąża się w okrutnej wojnie domowej.
 
Gdy do Kijowa przybywa sekretarz stanu USA Hillary Clinton, by udzielić poparcia premier Julii Tymoszenko, zamachowcy znów atakują... Ameryka musi zareagować.
 
Okręty VI Floty wpływają na Morze Czarne. Do baz w Turcji przybywają kolejne dywizjony F-15. Bitwa o Krym rozpoczęta.

A nad Wisłą znów brzmią ułańskie trąbki: "Lwów zdobędziemy, Wilno odbijemy!". Rosomaki przekraczają granicę. Ukraina nie jest sama. Lecz Rosja nie zamierza biernie czekać na rozwój wypadków. Zrobi wszystko, by jednak osiągnąć cel. To właśnie na taką chwilę przygotowała "Czerwoną apokalipsę".
 
Cykl: Stalowa kurtyna
1. Stalowa kurtyna
2. Czerwona apokalipsa
3. Piaski armagedonu
4. Północny sztorm
5. Horyzont zdarzeń
6. Doktryna Wolffa

fragmenty

Rozwiń tekst

Fragment powieści Vladimira Wolffa p.t. Czerwona Apokalipsa NA PÓŁNOCNY ZACHÓD OD LWOWA - UKRAINA Noc z 21 na 22 czerwca
 Dla Mykoły Andruchowa znaleziona mapa okazała się niespodziewanie darem losu. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej się w tym upewniał. Zaznaczone miejsce postoju polskiego batalionu nie dawało mu spokoju. Po prostu nie mógł nie skorzystać z okazji, która sama pchała mu się w ręce. Szybki atak i odskok, jak mówiła partyzancka teoria, to coś w sam raz na sprawdzenie wyszkolenia jego oddziału. - Uderzymy o trzeciej trzydzieści - Kto rozpocznie? - Ja - drapieżny uśmiech...

Fragment powieści Vladimira Wolffa p.t. Czerwona Apokalipsa NA PÓŁNOCNY ZACHÓD OD LWOWA - UKRAINA Noc z 21 na 22 czerwca
 Dla Mykoły Andruchowa znaleziona mapa okazała się niespodziewanie darem losu. Im dłużej o tym myślał, tym bardziej się w tym upewniał. Zaznaczone miejsce postoju polskiego batalionu nie dawało mu spokoju. Po prostu nie mógł nie skorzystać z okazji, która sama pchała mu się w ręce. Szybki atak i odskok, jak mówiła partyzancka teoria, to coś w sam raz na sprawdzenie wyszkolenia jego oddziału. - Uderzymy o trzeciej trzydzieści - Kto rozpocznie? - Ja - drapieżny uśmiech rozciągnął usta Mykoły. - Na pewno się zorientujesz. Wzięci w dwa ognie Polacy raczej nie pójdą w rozsypkę. Zresztą nie o to chodziło. Chciał ich przestraszyć i zasiać w duszy zwątpienie. Przy okazji wczesna godzina i zaskoczenie zniwelują techniczną przewagę najeźdźców. Ciekawe, jak RPG-16 poradzi sobie z tymi osławionymi Rosomakami? - Myślisz, że dadzą radę? - Czumak wzrokiem wskazał w kierunku, gdzie w niewielkich grupach odpoczywała sotnia. - Kilku pęknie - Mykoła również nie łudził się co do wartości bojowej tych wszystkich, których pod jego sztandar z tryzubem przygnała mołojecka sława dowódcy. - Reszta musi się otrzaskać. Inaczej nigdy nie zrobimy z nich dobrych bojowców. - Pewnie masz rację. - Słuchaj, Ilja, ufam tylko tobie - Andruchow przełknął własną arogancję, wypowiadając te słowa. - I lepiej, żebym się na tobie nie zawiódł. W ostatnim zdaniu czaiła się raczej żałość niż groźba. Jako formalny przywódca czuł ciężar odpowiedzialności. On wszystko zorganizował według własnej woli i tylko dzięki jego zdecydowaniu nie rozpierzchli się jeszcze po domach. Gdyby jego zabrakło… wszystko diabli wezmą. Co do tego nie miał złudzeń. Gwar znużonych głosów zmuszonych do nowego wysiłku ludzi rozszedł się po lesie. Na dziś mieli wystarczająco dużo emocji, a teraz jeszcze to. Dopiero ostre ponaglenia uspokoiły co bardziej rozdrażnionych brakiem odpoczynku. Zebranie wyposażenia zajęło nie więcej niż pięć minut. Podzieleni na dziesięcioosobowe roje - drużyny, w zamyśle Andruchowa samodzielne grupy - bojownicy ruszyli na akcję. Prowadzeni przez Czumaka i jednego z okolicznych chłopaków znającego wszystkie leśne ścieżki, szli jeden za drugim rozciągnięci w długi szereg. • Wśród wszystkich rzeczy na świecie starszy szeregowy Łukasz Matysek najbardziej nienawidził nocnych wart. Za każdym razem chciało się mu potwornie spać. Z ledwością trzymał oczy otwarte na tyle, by nie zahaczyć o wystający kamień lub korzeń. Na dodatek dałby sobie rękę odgryźć za jednego papierosa. Nikotynowy głód ssał trzewia i przyprawiał o nerwowe dygotanie dłoni. Jeszcze osiem miesięcy do odsłużenia i rzuci to wszystko w cholerę. Jak mógł być tak ciężkim idiotą i zgłosić się do desantu? Owszem, tam, skąd pochodził, czyli z małej wsi pod Krosnem Odrzańskim, bordowym beretem i naszywkami weterana z Afganistanu robił furorę. Nie bez przyczyny uznawano go za najlepszą partię w okolicy. Regularny żołd i perspektywa awansu na kaprala były wartościami samymi w sobie. Mógł mieć każdą. No, prawie, bo oczywiście ta, na której najbardziej mu zależało, nawet nie spojrzała w jego stronę, ignorując wszelkie próby zbliżenia. Zdesperowany czynił coraz to nowe próby. Na próżno. Dziewczę wolało rozbijać się samochodem tatusia na wiejskich dyskotekach. Notabene tatuś, działacz samorządowy, reprezentował ambicje sięgające dużo dalej. W konsekwencji Matyskowi pozostawały obiekty westchnień pośledniejszego gatunku, za to znacznie życzliwsze. Wytrzymać tych kilka parszywych miesięcy i znaleźć sobie inną robotę. W ochronie lub jako strażnik bankowy. Ryzyko na pewno mniejsze od tego tutaj. Obrzucił spojrzeniem drzewa i krzaki przy drodze, gdzie przyszło mu pełnić wartę. Miejsce postoju batalionu rozciągnięto wzdłuż drogi. Każda z kompanii obozowała oddzielnie, obstawiwszy teren gęstą siecią wart i patroli pomiędzy oddziałami. Otwarty pagórkowaty teren jedynie lekko poprzetykany pojedynczymi kępami drzew wydawał się idealny na improwizowany biwak. Z przodu jak zwykle kompania rozpoznawcza, za nią w odległości stu pięćdziesięciu metrów kolejna. Wozów bojowych i Humvee nie maskowano w żaden szczególny sposób. Podobno nie byli na wojnie. Nieśli jedynie humanitarną pomoc i stabilizowali sytuację. Przynajmniej tak twierdziło dowództwo. Stanowisko, jakie przypadło Matyskowi z samego przodu kolumny, nie wyglądało na idealne, ale dawało za to namiastkę odosobnienia. Przebywanie całymi dniami w towarzystwie najlepszych nawet kolegów potrafi ło dać w kość. Pięćdziesiąt metrów od najbliższych pojazdów. To odległość wystarczająca, by z nikim nie dzielić się myślami. Kiedy ostatni raz spojrzał na zegarek, minęła właśnie trzecia. O czwartej miał zejść z posterunku i zaszyć się w śpiworze. Dwie godziny do pobudki. Dobre i to, ale w dzień będzie nieprzytomny z niewyspania. Pokręcił głową na boki, chcąc pobudzić krążenie. Kilka wymachów rąk i podskoków powinny odgonić ogarniającą go apatię. Gdyby nie koncentrował się tak na ćwiczeniach, pewnie usłyszałby ciche skradanie, a tak nie miał na to szans. Wrażenie, że ktoś jest w pobliżu, dopadło go w ostatniej chwili. Kciuk wciśnięty w taśmę nośną Beryla zwisającego z ramienia drgnął, kiedy starszy szeregowy wyczuł niebezpieczeństwo. Lewą dłonią zdążył zdjąć broń, nieświadomie ułatwiając napastnikowi zadanie. Chłodna stal przecięła tętnicę szyjną, wywołując kilkusekundowy śmiertelny krwotok. Spanikowany mózg podjął ostatnie kroki obronne, ale ciało nie słuchało już poleceń. Słowa uwięzły Matyskowi w gardle, a nogi ugięły pod ciężarem. Runął na ziemię, drapiąc dłońmi wilgotną ziemię. Nie tego się spodziewał, wstępując na służbę do armii Najjaśniejszej Rzeczypospolitej. • Fosforyzujące wskazówki zegarka zdawały się stać w miejscu. Jedynie sekundnik wykonywał kolejne obroty wciąż tym samym monotonnym ruchem. Trzecia dwadzieścia cztery. Jeszcze sześć minut. Za każdym razem, kiedy prowadził sotnie w bój, czuł takie samo podniecenie. Może raczej należało powiedzieć bitewne rozgorączkowanie. Podniecenie kojarzyło się z czymś zupełnie odmiennym. Jaśniejszy pasek nieba nad horyzontem z każdą upływającą minutą przechodził z czarnego w ciemny granat. Niedługo wstanie świt, a z nim okazja do porachunków. Miał nadzieję, że sekcje Czumaka zdążą na czas. Bez niego na pewno nie uda się zrobić takiego zamieszania, jakie planował. Pierwsze kroki już poczynił, likwidując wartownika. Okazja nadarzyła się niejako sama. Rozciągnięci w długą tyralierę ludzie Andruchowa napatoczyli się na podskakującego Polaka zupełnie przypadkowo. Gdyby stał w miejscu, kucnął lub robił cokolwiek innego zamiast tej idiotycznej gimnastyki, usłyszałby niewprawne podchody. Wyznaczony do likwidacji żołnierza Ukrainiec uwinął się nad wyraz sprawnie, czym zupełnie zaskoczył Andruchowa i wzbudził jego mimowolny szacunek. Nie spodziewał się tego. Widać wśród chłopaków można znaleźć samorodne talenty. Trzecia dwadzieścia siedem. Drogą od czoła wojskowej kolumny nadchodziły trzy niewyraźne milczące cienie. Zmiana, czy niespodziewany patrol? Nieważne. Najwyżej zaczną wcześniej, nie zawracając sobie głowy ostatnimi minutami. Chłód wczesnego poranka wciskał się pod bluzę. Zignorował niedogodność, koncentrując uwagę na wrogu. Przyłożył kolbę automatu do policzka, odliczał sekundy. Raz po raz sylwetki nikły pomiędzy ciemniejszymi plamami mroku, to znów stawały się wyraźniejsze, gdy wychodziły z cienia drzew. Niech podejdą jak najbliżej. Ognia z dziesięciu metrów nikt nie przetrzyma. - Matysek, kurwa, gdzie jesteś? - głos rozprowadzającego sierżanta uderzył jak biczem. - Sierżancie, to do niego niepodobne - drugi o wiele bardziej spokojny rozmówca dołączył do podofi cera. - Przynajmniej nie tu i nie teraz. Niczym psy patrol zwietrzył niebezpieczeństwo. Dopóki stali w grupie, stanowili idealny obiekt ataku. Na wojnie chwila dekoncentracji przeważnie kosztuje życie. Andruchow wziął na celownik idącego na czele i pociągnął za spust. Nagły huk rozdarł powietrze i ułamek sekundy później rozpętało się piekło. Zdezorientowani Polacy, rażeni przez co najmniej kilku napastników, padli od razu. Początek lepszy od przewidywanego. Wciąż jednak byli za daleko. Musieli za wszelką cenę podejść bliżej, inaczej opancerzone pojazdy z działkami 30 mm rozniosą jego sekcję i pogrzebią szansę na zwycięstwo. Poderwał oddział i ruszył do przodu. Skrajem drogi ciągnął się rów. W razie czego da osłonę. Reszta biegła z lewej strony, dodając sobie animuszu okrzykami. Z każdą sekundą zmniejszali dystans, niwelując techniczną przewagę Polaków. Taka bezkarność nie mogła trwać w nieskończoność. Mimo gęstych serii słanych w obóz pierwsi napastnicy padli pod słabszym, za to o wiele bardziej celnym ogniem zaskoczonych żołnierzy kompani rozpoznawczej. Spoza wzmagających się odgłosów walki Andruchow słyszał okrzyki jednej i drugiej strony. Okrzyki polskie i ukraińskie mieszały się ze sobą. Polecenia, rozkazy i przekleństwa, ale nade wszystko wrzaski i wycia rannych i konających. Na skrajnym lewym skrzydle sotni rozciągniętej szerokim wachlarzem wzdłuż drogi sekcja niejakiego Sawicza podeszła najbliżej. Z jednym posiadanym przeciwpancernym granatnikiem RPG-16 niewiele mogli zrobić. Co najwyżej starannie wybrać obiekt ataku i modlić się, by kumulacyjna głowica przebiła burtę i wykluczyła z dalszej walki transporter opancerzony. Działko Rosomaka obróciło się z lewa na prawo i z powrotem. Najwyraźniej strzelec ukryty za pancerzem szukał celu. Zlokalizowanie napastników zajęło kilka sekund, po czym białe i czerwone smugacze przeorały powietrze. Ukraińska odpowiedź przyszła równie nagle. Z odległość sześćdziesięciu metrów operator granatnika nie mógł chybić. Strumień ognia błysnął pomiędzy pierwszą a drugą parą kół wykluczając pojazd z walki. Za swoją zuchwałość strzelec RPG odpowiedział niemal natychmiast, ściągając na siebie odwet. Zanim zdążył odrzucić bezużyteczną już rurę i sięgnąć po pistolet, otrzymał co najmniej dziesięć postrzałów w klatkę piersiową i ramiona. Widok płonącego transportera pobudził za to innych celowniczych granatników. W sumie ochotnicy Andruchowa mieli ich pięć, z czego jeden przydzielono ludziom Czumaka mającym uderzyć na tyły zdezorientowanych Polaków. Nierówna salwa nie spełniła oczekiwań. Co prawda uszkodzono Humvee, ale dwa pozostałe pociski nie poczyniły większych szkód, eksplodując poza terenem obsadzonym przez kompanię zwiadowczą. Potyczka zaczęła przeradzać się w ciąg pojedynczych starć. Andruchow oddał jeszcze kilka strzałów, kiedy zorientował się, że ogień z polskich stanowisk słabnie. W końcu się doczekał. Dobre trzy i pół minuty po terminie, jak zdążył zauważyć. Dwie sekcje Ilji przystąpiły do działania, kładąc gęstą zaporę ogniową od północy. • Rusinek nie mógł uwierzyć w to, co widzi. Uszkodzony Rosomak i zniszczony Humvee zalewały najbliższą okolicę mdłą poświatą. Za to płonące drzewo jaśniało żywym ogniem, rozpraszając nieco mrok i dym. Po krótkotrwałym chaosie szybko otrząsnęli się z zaskoczenia. Pierwsze sekundy były decydujące. Albo przetrzymają szturm, albo wszystko szlag trafi . Na szczęście wstający przedświt dawał coraz więcej światła. To pomagało. Terenowy Humvee z długimi prętami anten odchylonymi ku przodowi stanowił teraz centralny punkt oporu. - Dawaj drugą kompanię!!! - wrzasnął do łącznościowca szarpiącego się z radiem. - Kapitan Schulz na linii. - Jesteście atakowani? Stojąca sto pięćdziesiąt metrów za nimi następna kompania, poderwana nagłymi odgłosami walki, czekała na rozkazy. - Wyłącznie słaby ostrzał z kierunku północno-zachodniego. - Dobra - umysł majora analizował sytuację z podziwu godnym spokojem. - Jeden pluton wyznaczy pan do blokowania. Reszta atakuje z fl anki. Proszę ich obejść szerokim łukiem - okazja zniszczenia całej ukraińskiej sotni mogła nie powtórzyć się prędko. Napastnicy podeszli za blisko. Zanim się zorientują i zdążą odskoczyć, może być po wszystkim. - Wykonuję. Kilka pocisków poszybowało nieco na prawo od miejsca, w którym stał dowódca batalionu. Nigdy nie sądził, że w swoim wieku znajdzie się jeszcze na pierwszej linii. Dowodzenie kompanią zwiadowczą powinien zostawić dowodzącemu nią kapitanowi. Nie lubił, kiedy przełożeni włazili z butami w jego kompetencje, ale sam niestety robił tak samo. Dlatego też podciągnął pluton dowodzenia zaraz za zwiadowcami. Nocny atak nie wyglądał na przypadkowy. Zresztą za dużo tych przypadków namnożyło się w tak krótkim czasie. Jedyną silną grupą w okolicy mającą wystarczającą ilość bojowników i sprzętu była ta, która rozbiła patrol. Raz dopisało im szczęście i prawdopodobnie próbowali zrobić to samo i tym razem, ale na o wiele większą skalę. Jak do tej pory faktycznie mieli więcej szczęścia niż rozumu. Grupa pościgowa wysłana przez Rusinka zgubiła w końcu trop. Zresztą gęsty las nie ułatwiał sprawy. Zapadający zmrok zmusił do powrotu. Działania major miał podjąć wczesnym rankiem. Zresztą to już nieaktualne. Wściekła wataha przyszła do nich sama. • Potyczka zaczęła przybierać niekorzystny obrót. Andruchow wyczuł to od razu. Jego strzelcy odpowiadali na ogień Polaków coraz słabiej. Kilka cieni, zamiast trwać na stanowiskach, odpełzło do tyłu, uciekając na własną rękę. Może nie osiągnął tego, co chciał, ale i tak poszło nie najgorzej. Gwizdnął przez zęby. Koniec. Pora się zwijać, inaczej zostaną rozniesieni przez nieuszkodzone transportery. Na dodatek w świetle dnia będą widoczni jak na dłoni. W sekcji Sawicza nowy operator RPG wsunął ostatni pocisk do ręcznej wyrzutni. - Dobrze wyceluj. Ostatnia szansa na posłanie jeszcze kilku lachów do piachu. Sawicz słyszał gwizd Andruchowa. Kilku najbliższych bojców już prysło. Ale on nie miał zamiaru wypuszczać ostatniej okazji z ręki. Operator RPG uniósł się nieco, by lepiej wymierzyć i w tym momencie pół jego głowy eksplodowało, rozbryzgując krew, kość i mózg po najbliższej okolicy. Sawicz zamrugał oczami. Na twarzy poczuł uderzenia strzępów tkanki. Ktoś, kto miałby okazję oglądać go z boku, mógłby odnieść wrażenie, że Sawicz przybrał indiańskie barwy wojenne lub jest okrutnym rzeźnikiem oprawiającym nie do końca zaszlachtowaną zwierzynę. Na szczęście nie było tu postronnych obserwatorów. Sekcyjny podniósł się na rękach, wciąż oszołomiony niecodziennym zdarzeniem. Zginął trzy sekundy po operatorze granatnika. Pocisk kalibru 7,62 mm przerwał nić jego życia z taką samą skutecznością, jak ten wymierzony w poprzednika. Ci z sekcji Sawicza, którzy to widzieli, nie wytrzymali widoku dwóch zakrwawionych ciał, w tym jednego prawie pozbawionego głowy. Pod czujnym okiem przełożonych zachowywali spokój, gdy tylko tamci zginęli, zabrakło woli walki. Gnani narastającą paniką, porzucali broń, uchodząc na tyły. Poszczęściło się nielicznym. Uciekając co sił w nogach, padali koszeni bezlitosnymi seriami. Najbardziej wierni i oddani skupili się przy Andruchowie. Przez pierwsze sekundy i minuty wymuszonego odwrotu przypominali stado spanikowanych zwierząt gnających bez opamiętania, gdzie oczy poniosą. Nieustanna kanonada zza pleców przerzedzała sekcje, śląc kolejnych partyzantów w objęcia matki ziemi. Fragment powieści Vladimira Wolffa p.t. Czerwona Apokalipsa Komandor Charles Frazer skontrolował wskaźnik paliwa. Ilość drogocennego JP-5 wciąż malała, żarłocznie pożerana przez dwa potężne silniki General Electric F414. Czas kurczył się w niewyobrażalnym tempie. Pokładowy komputer poinformował o czymś jeszcze. Dwa F-18 nie dały rady rosyjskim Alamo. Przeznaczenie, czy raczej pech? Tego akurat nie chciał analizować. Każdy z nich musiał liczyć się z taką możliwością. Utrata maszyny na szczęście nie była tak dotkliwa jak wyszkolonego pilota, jednak fakt zestrzelenia zostanie odnotowany w aktach osobowych. Zespół wyjaśniający okoliczności przesłucha lotnika, a współczujące spojrzenia kolegów długo będą mu towarzyszyć w mesach i salach odpraw. - Prowadzący Eagle One, formować szyk. Nie wszystkie rozproszone maszyny po starciu z Flankerami ponownie zajęły miejsce w formacji. Mając doskonały widok z kabiny, dostrzegł jak ciężko obładowane uderzeniowe F-15E Strike Eagle nadlatują z lewej strony w odległości dwóch i pół mili. Tylko opatrzności zawdzięczali, że z powietrznej bitwy wyszli obronną ręką. Manewrowanie F-15 przy pełnym ładunku bomb i rakiet to nie to samo, co śmiganie po niebie zwrotnymi Super Hornetami. Dał spóźnialskim jeszcze chwilę, obserwując jak równają, zajmując miejsce opuszczone przez wysforowane do przodu samoloty walki elektronicznej. - Tu Black Eagle Two - komunikat kontrolera jednego z E-2C popłynął do wszystkich. - Nawodne i naziemne radary bandytów zostały wyeliminowane. Nie stwierdzamy działań w żadnym paśmie. Przestrzeń czysta. Komandor Frazer odetchnął. Miał nadzieję, że teraz to będzie już tylko gra do jednej bramki. Od wybrzeża dzieliło ich mniej więcej pięćdziesiąt kilometrów. To, co dla Tomahawka było niegodną uwagi drobnicą, dla Super Hornetów i F-15 przedstawiało się w sam raz. Linia brzegowa ciągnęła się siną smugą przed nosem maszyny. - Do wszystkich: atakujemy! Frazer przyśpieszył do dziewięciuset kilometrów na godzinę. Jedyne, czego się mogli obawiać, to naziemne środki obrony przeciwlotniczej. Rakiety odpalane z ramienia bądź działka ustawione do obrony konkretnych obiektów. Niewyraźny pas ziemi zmienił się teraz w roziskrzoną złotym blaskiem plażę. Ułamek sekundy później wlecieli nad suchy ląd porośnięty zielonymi gajami i spaloną przez słońce, zżółkniętą trawą. Prawie w tym samym momencie doszedł do uszu komandora sygnał o radarowym namierzeniu. Więc jednak. Baterie przeciwlotniczych S-300P z radarem Big Bird osiągały zdolność bojową w pięć minut. Wcześniejsze meldunki nie przekazały żadnej informacji o ich obecności. Widać bunt był lepiej przygotowany, niż się to wydawało z waszyngtońskiej perspektywy. Na razie Growlery zlokalizowały jedną baterię. Nie było jednak żadnej pewności, że gdzieś we wnętrzu półwyspu nie napotkają następnych. Czujnik poinformował o odpaleniu rakiety przeciwlotniczej w pobliżu. Komandor szarpnął drążek w lewo. Schodził w dół, jednocześnie wystrzeliwując dipole. Jak najszybciej wyjść z zasięgu, dając czas Growlerom na dokończenie roboty. Ujawnił się drugi zestaw mobilnych S-300P. Oba wystrzeliły po jednym pocisku. Więcej nie zdążyły. Przeciwradiolokacyjne AGM-88 HARM równie szybko namierzyły cel. Odrzutowce miały tę przewagę, że mogły manewrować, stosując jednocześnie pasywne i aktywne środki obrony. Naziemne wyrzutnie nie były tak szybkie. Potężne rury, przewożone na KRAZ-ach i ustawione w pozycji pionowej, dawały się zauważyć ze sporej odległości. Zabrakło koordynacji pomiędzy S-300 a lotnictwem. Gdyby myśliwce poczekały, aż Super Hornety i F-15 wlecą nad Krym, to kombinacja tych dwóch rodzajów obrony mogła się dla zespołu komandora skończyć większymi stratami. - Na prawo! Schodź na prawo! - okrzyki w słuchawkach oznajmiały zagrożenie dla któregoś z pilotów. Jasna cholera, jeszcze tego brakowało. Frazer nie chciał tracić kolejnej maszyny. Przeszukał wzrokiem najbliższą przestrzeń. Nie dostrzegł nic poza smugami kondensacyjnymi z silników wielu maszyn manewrujących na różnych wysokościach. Najgorsze, że nie wiedział, kto stał się celem dla rakiety. - Wabik! Odpal wabik! - podpowiedzi bardziej doświadczonego kolegi niewiele pomogły. Błysk białej eksplozji rozświetlił niebo z jego prawej strony. - Husky oberwał - usłyszał w słuchawkach. Wyświetlacz przed nim potwierdził te słowa. - Gdzie spadochron? - Nie zdążył. Coraz mniej powodów do zadowolenia. Na szczęście drugą rakietę wroga udało się oszukać, choć komandor nie widział wybuchu. Łšciągnął stery, wchodząc na wyższy pułap. W sumie najważniejszą część roboty już załatwili. Oczyścili teren dla drugiej fali samolotów mających bezpośrednio wspomagać desant. Niszczenie punktów oporu, z którymi nie będą sobie mogli poradzić marines, to zadanie dla Harierrów wyspecjalizowanych w takich działaniach. Im pozostała jeszcze jedna rzecz do wykonania. Uderzeniowe F-15E były pół minuty lotu do celu. Betonowe nabrzeża wykorzystywane przez resztki Floty Czarnomorskiej znajdowały się po północnej stronie szerokiego fiordu wrzynającego się głęboko w ląd. Dwa Super Hornety z dywizjonu komandora niczym opiekuńczy aniołowie towarzyszący ociężałym i mniej zwrotnym maszynom przeleciały nad portowymi basenami należącymi do ukraińskiej marynarki, wypatrując niebezpieczeństwa i mając je ściągnąć na siebie. Ludzie na ziemi zadzierali głowy do góry, przestraszeni hukiem nisko nadciągających odrzutowców. Nic im nie groziło. Zachowają życie, jeśli nie zaczną strzelać. Wyraźny przekaz nie dotarł do wszystkich. Z rejonu cumowania floty secesjonistów poleciały w powietrze serie z dział S-60 o kalibrze 60 mm, działek 23 mm i broni ręcznej. Kolorowe świetlne punkty cięły niczym wściekłe osy przestrzeń za samolotami. Niektórzy nigdy nie nauczą się pokory. - Dobra, są wasi. Pilotom F-15E rozwiązano ręce. Skośna formacja ośmiu maszyn nadleciała od strony morza. Spod kadłuba każdego samolotu oderwało się sześć bomb Mk-84 wypełnionych dziewięciusetkilogramowym ładunkiem czegoś, co nazywano tritonalem. Połączenie trotylu z aluminiowym proszkiem dawało bombom potężną moc, toteż nic dziwnego, że nazywano je Hammerami...

ukryj fragment książki

aktualności

INNE TEGO AUTORA

TRZECIA SIŁA
14.06.2017
HYDRA
07.12.2016
CZAS ODKUPIENIA
14.09.2016
METALOWA BURZA
17.02.2016
CIEŃ  PROROKA
07.10.2015
TROPICIEL
30.10.2014
DOKTRYNA WOLFFA
23.06.2014
HORYZONT ZDARZEŃ
09.10.2013
STALOWA KURTYNA
10.06.2010

o autorze

Vladimir Wolff

Vladimir Wolff

Pisarz od urodzenia związany z zachodnim Pomorzem. Historyk z wykształcenia i zamiłowania – jego specjalizacja to dzieje Niemiec i Rosji. Znajomość tematu i brak współczesnej polskiej literatury o charakterze politycznym i militarnym sprawiły, że postanowił podjąć wyzwanie i zmierzyć się z tematem wojennego thrillera.  

Cykle:

STALOWA KURTYNA
1. Stalowa kurtyna
2. Czerwona apokalipsa
3. Piaski armagedonu
4. Północny sztorm
5. Horyzont zdarzeń
6. Doktryna Wolffa

 

ODLEGŁE RUBIEŻE
1. Kryptonim burza
2. Operacja pętla

 

Świat przed ARMAGEDONEM
- Tropiciel
- Bractwo Nieśmiertelnych
- Cień proroka
1. Metalowa burza - ARMAGEDON

 

Poza cyklem
- Imperium