Głos kompanii - fragment rozdziału 1

Głos kompanii 3D 500px Kiedy tylko jeździec nieśpiesznie wyjechał spomiędzy drzew, Lirka wiedział, że patrzy na wroga. I nie chodziło tu nawet o to, że żołnierze podążaliby traktem, a najemni zbrojni, jakich wynajmowali niektórzy kupcy, nigdy nie zapuszczali się tak daleko od miast sami. W wysokim i chudym nieznajomym, kryjącym jego twarz kapturze, wojskowej przeszywanicy, w opuszczonej dłoni pozornie niedbale trzymającej łuk było po prostu coś, co natychmiast przywoływało na myśl wszystkie historie o kultyście księżniczki Larenny. O śmierci.
I nie miało żadnego znaczenia, że w kupieckich opowieściach rebelianci zwykle nie rozbijali karawan – pobierali tylko słony okup, jak to nazywali, „podatek wojenny”. Tu, na trakcie, prawie dwa tygodnie drogi od bezpiecznego Gasvard, słowo „zwykle” brzmiało o wiele mniej uspokajająco niż jeszcze dzień wcześniej. Zamiast niego w głowie kołatała mu się myśl, że przecież vidyjska interwencja w Ashven zaczęła się właśnie od śmierci wymordowanych zeszłej jesieni w imię krwawego boga kupców.
Zakapturzona postać zatrzymała się na środku traktu, może pięćdziesiąt kroków od wozu Gustava. Ponura i ciemna, z łukiem w dłoni i mieczem przy boku, jakimś cudem wypełniała sobą całą przestrzeń. Mimo słonecznego sierpniowego dnia Lirka poczuł, jak ogarnia go zimno, a zapachy otaczającego ich lasu znikają, zastąpione przez metaliczną woń krwi.
– Nie ruszaj się, chłopcze, i nic się nie martw – powiedział siedzący obok chłopaka Gustav. – Ja to załatwię. Nic nam nie grozi.
Mimo spokojnego głosu kupiec wcale nie wyglądał na pewnego siebie. Lirka przełknął ślinę i pokiwał szybko głową. Ale oczywiście w niczym to nie pomogło.
– Spokój! – Gustav podniósł rękę, tak by zauważyli ich Marcus i Willem na pozostałych wozach.
Jego pulchna twarz była teraz blada, a na skroniach pojawiły się kropelki potu. Nawet gdy odetchnął głęboko raz i drugi, dla skryby brzmiało to bardziej jak przerażone sapanie.
– Nic nam nie grozi – powtórzył. Bardziej jakby chciał przekonać sam siebie niż kogokolwiek innego.
Powoli zszedł z kozła, starając się trzymać ręce na widoku. Nieznajomy ruszył stępa w ich stronę. Nadal nie podnosił łuku, jakby nie miał żadnych wątpliwości, że nikt nie ośmieli się niczego próbować. Lirka rozejrzał się, czy gdzieś w okolicy nie czają się inni, którzy już otaczają ich malutką karawanę, gotowi, by uderzyć. Czy nie błyska mu wśród drzew czerwień szat przerażających kapłanów Kordesha. Niczego takiego jednak nie zobaczył. Ale przecież to nic nie znaczyło.
Gustav zrobił kilkanaście kroków i stanął przed zbrojnym nieznajomym. Ten zatrzymał konia i spojrzał na niego z góry. Zabawne – kupiec zawsze wydawał się Lirce dużym człowiekiem, wiele większym niż on sam, zwalistym i potężnym, częściowo tylko przez spory brzuch. Silnym i solidnym. Teraz, choć jeździec musiał być człowiekiem szczupłym, a wręcz chudym, kupiec był przy nim dziwnie mały. I nie chodziło nawet o to, że tamten siedział na koniu. Być może o broń. Być może o swobodę tamtego i zdenerwowanie zadzierającego głowę Gustava.
Rozmawiali przez chwilę – chyba po vidyjsku. Lirka nie wyłapał ostrych, drapieżnych tonów ashveńskiego. Ale też i tak nie zrozumiał ani słowa. Czy rozmawiali o okupie, czy – jak to nazywali tamci – „podatku wojennym”? Trudno było ocenić, patrząc tylko na nerwowego Gustava i nieruchomego jak sama śmierć obcego. Nie – do zabrania zapasów tamten potrzebowałby pewnie wozu. A Lirka nigdzie go tu nie widział. Więc o czym? Może tamten po prostu każe im zostawić karawanę i pieszo wracać do Gasvard z niczym? Pogoni kopniakami? Albo uzna, że właśnie dziś ich krwawy bóg potrzebuje ofiary? Czy Marcus i Willem będą wtedy w stanie ich obronić?
Lirka zmówił w duchu cichą modlitwę do Senele. Znajome słowa dodawały otuchy – nawet jeśli nie wiedział, czy na ziemiach, gdzie czciło się demona Kordesha, prawdziwi bogowie Panteonu słuchali ich równie uważnie.
I nagle, jakby słysząc te rozważania, zbrojny na trakcie przerwał rozmowę, rozejrzał się gwałtownie i zamarł, wyprostowany jak kamienny posąg. A potem, równie niespodziewanie, spiął konia i odjechał galopem w las. Przez chwilę na trakcie brzmiały uderzające w ubity grunt kopyta, potem odgłos przeszedł w miękki dźwięk gniecionej trawy, by w końcu zmienić się w trzaski i szelest, kiedy koń wjechał pomiędzy krzewy. Sylwetka jeźdźca przez moment jeszcze migała między drzewami – ale szybko rozpłynęła się w zielono-ciemnym mroku podgórskiego lasu.>
Zapadła cisza...