Kamienna twierdza - fragment rozdziału 1

Kamienna twierdza 3D 500px Słońce powoli wspinało się na zachmurzone niebo. Jego złote światło lśniło, rozlewając się po okolicznych wzgórzach. Zielone wysepki trawy, ledwie przebijające się przez rozmokłą ziemię, wyglądały jak niedbale rzucone skrawki zmęczonego materiału. Cały krajobraz zdradzał niechybny koniec zielonego roztopu, choć chłód wciąż wisiał w powietrzu, a zapach wilgoci i zbutwiałego drewna niósł się z lasu. Dolina między dwoma wzgórzami była błotnistym bajorem, wyglądającym jakby prędzej pochłonęło człowieka niż pozwoliło mu bezpiecznie przejść.
Na jednym ze wzgórz stały krasnoludy. Zwarta, niemal monumentalna formacja, przypominała fragment górskiego masywu, różniący się odeń jedynie pieczołowitą krzątaniną przygotowań. Każda grupa tego ciała była niczym starannie dobrany element kamiennej układanki. Młotowładni w ciężkich zbrojach mozolnie zajmowali swoje pozycje. Ich hełmy i naramienniki błyszczały w słońcu, jednak w oczach odbijał się cień niepokoju, który nie pasował do kamiennej powagi na ich twarzach. Kusznicy stojący niedaleko pracowicie nastawiali bełty do kusz. Ich ruchy były rutynowe, niemal podświadome. Stojący dalej wojownicy klanowi, znacznie lżej opancerzeni, ściskali topory, rozglądając się nerwowo.
Na czele grupy stał Grzmotsen, młody than, którego broda była starannie zapleciona, ale wciąż brakowało jej długości, by budzić powszechny szacunek wśród zastępów jego wojska. Dwuręczny młot, który ściskał w dłoniach, wyglądał na broń stworzoną do wielkich czynów.
– Niech przodkowie nas chronią. Ten gówniarz jeszcze sprowadzi na nas wstyd – mruknął Urgim, nie odrywając wzroku od thana.
– Zamknij się – odparł cicho inny wojownik, ale w jego głosie brakowało przekonania. – Młody jest, to prawda, ale z młodością przychodzi zapał.
– Zapał – syknął Urgim. – To on nas w ten bagienny śmietnik wciągnął, a teraz każe nam czekać, jakbyśmy mieli czas na takie luksusy. Powinniśmy byli zostać za murami i tam odpierać ataki, a nie w pole wychodzić, jak chędożone elfy.
Zziajany i pokryty błotem goniec, wyskoczył zza drzew i podbiegł do Grzmotsena, aby złożyć meldunek.
– Barbarzyńcy już stoją w dolinie. To ani chybi Synowie Czarnej Piramidy. Po ich prawej stronie są te cholerne ogry. Już ryczą z głodu, aż ciarki przechodzą po plecach. Berserkerzy... – zawahał się, spluwając na ziemię. – Ich zapach czuć zanim ich widać. Śmierdzą jak...
– Nie kończ – przerwał mu wódz, machając ręką. – Wiemy. A ich herszt?
Zwiadowca splunął ponownie i zniżył głos, choć nie było potrzeby.
– Mroczny Dzień. Wygląda dokładnie jak opowiadali – wielka góra mięśni, z wilczym ogonem przy pasie. Ponąć to zmiennokształtny. Jak wpadnie w szał, nawet jego pobratymcy przed nim uciekają.(...)
***
Plan krasnoludów opierał się na ich tradycyjnej filozofii wojennej: dyscyplinie i precyzji. Wiedzieli, że barbarzyńcy, dzicy i niezdyscyplinowani, rzucą się na nich jak fala. Oni natomiast zamierzali przyjąć ten cios, rozbić go o swoje linie i przetrwać. Jednak co bystrzejszy obserwator zauważyłby, że ruchy krasnoludzkiej grupy zwiadowczej są nieco niezborne, a głos dowódcy trochę zbyt głośny i rozbełkotany. Gdyby tenże obserwator podszedł bliżej, niechybnie poczułby woń alkoholu, którym raczyła się cała grupa od samego rana. W próbie dodania sobie animuszu, zwiadowcy jasno przesadzili z gorzałką, co odbijało się teraz na ich działaniach. Rozbiegany wzrok i głupkowate uśmiechy, jak zwykle towarzyszące stanowi upojenia, potwierdzały te obserwacje.
Dowódca, starszy krasnolud z długą, siwą brodą opadającą na tors, spojrzał na swoich ludzi. Borgrim Dwa Kły, posiadający opinię doświadczonego łowcy i niezrównanego wojownika, wyglądał bardziej na kogoś, kto z trudem utrzymuje równowagę, niż jak lider drużyny. Zdawał sobie sprawę, że w obecnym stanie ich szanse są mniejsze, ale nie zamierzał się poddawać. Jego oczy, choć zamglone alkoholem, błyszczały determinacją.
– Pamiętajcie, chłopy – mruknął, patrząc po twarzach swoich wojowników. – Barbarzyńcy są cwani, ale nie inteligentni i to my znamy ten las, a nie oni. Wykorzystajcie każde drzewo i każdy zakamarek. Ich liczba nie ma znaczenia, jeśli będą błąkać się jak ślepe kocięta.(...)
***
Tymczasem Mroczny Dzień kreślił swoje własne plany, choć czynił to w sposób znacznie bardziej nieformalny. Szedł otoczony swymi przybocznymi, zawsze trzymającymi się blisko. Drużyna powoli poruszała się przez gęsty las, gdzie cienie drzew tańczyły wokół nich w migoczących promieniach słońca. Dzień był chłodny, a powiew wiatru przynosił zapach mokrej ziemi i wilgotnego mchu.
Każdy z tych wysokich, masywnych, uzbrojonych mężczyzn wyglądał, bez wątpienia, na zrodzonego z Chaosu. Ich umięśnione, zdawałoby się, wykute w walce ramiona i szerokie, pokryte bliznami przeszłych bitew torsy, były echem ich krwawych i brutalnych doświadczeń. Surowe, nieprzystępne twarze dopełniały obrazu twardych wojowników.
– Krasnoludy są jak skały – powiedział Dzień, z kpiącym uśmiechem. Jego głęboki głos niósł się jak pomruk nadciągającej burzy. – Twarde, nieugięte, ale nieruchawe. A co robi skała, kiedy uderzy się ją z dwóch stron?
– Kruszy się – odparł jeden z wojowników, uśmiechając się drapieżnie. Był to Korin, potężnie zbudowany mężczyzna z ognistą brodą i poznaczonymi bliznami rękami, jakby całe życie pracował w kuźni.
– Właśnie – zgodził się Mroczny Dzień, wskazując na swoich ludzi. – Wy, Synowie Piramidy, zrobicie swoje. Wywołamy zamęt, skupiając ich uwagę. Ogry będą naszym młotem, a my będziemy kowadłem.
Ruch drużyny był płynny, niemalże niezauważalny wśród cieni lasu. Ubrani w lekkie, skórzane zbroje, tłumiące dźwięki ich kroków, przemykali jak duchy. Mroczny Dzień, w przeciwieństwie do swoich towarzyszy, miał na sobie płaszcz, targany przez wiatr przy każdym kroku.
– Byle głupie ogry nie zdradziły naszej pozycji – szepnął jeden z berserkerów, Mikar, którego twarz zdobiły ślady licznych starć, a oczy błyszczały żądzą walki zza zmarszczonych, ciemnych brwi.
– Gotowi na wszystko – dodał Tolvik, trzymając w rękach masywne topory, których ostrza lśniły w blasku słońca. Jego muskularne ramiona były pokryte tatuażami przedstawiającymi bluźniercze runy bojowe.
Mroczny Dzień spojrzał na swoją drużynę. Widział w nich nie tylko wojowników, ale także braci w broni, z którymi wiedział, że mógł przejść przez otchłań i wrócić. Ta bitwa będzie brutalna, zdawał sobie z tego sprawę. Miał jednak pewność, że są gotowi na wszystko, co ich czeka.
– Wszyscy za mną – rzucił. – Pokażmy im, że w nas nie ma miejsca na litość.(...)
***
Berserkerzy ruszyli na oddział brodatych wojowników. Półnadzy barbarzyńcy pokryci krasnoludzką krwią ryczeli jak dzikie bestie. Szeregi obrońców, choć zwarte, zadrżały w obliczu tej niepowstrzymanej furii.
Młotowładni, stojąc na tyłach, wpatrywali się w zbliżający się chaos. Jeden z nich, stary Grorg z blizną na policzku, warknął:
– Co robią nasi? Dlaczego się nie cofają?
– A gdzie mają się cofnąć? Na nas? – odpowiedział drugi, wybuchając sarkazmem.
Pierwsze starcie było brutalne. Berserkerzy wbili się w krasnoludzkie szeregi jak wygłodniałe wilki w stado baranów. Topory cięły z niewyobrażalną siłą, rozłupując tarcze, zbroje i ciała z równą łatwością. Jeden z wojowników krasnoludzkich, próbował parować cios bojowego młota, ale brutalne uderzenie odrzuciło go na kilka metrów przez brutalne uderzenie. Jego tarcza pękła, a bezwładne ciało osunęło się na ziemię.
– Trzymać linię, do kurwy nędzy! – krzyknął dowódca, jednak jego głos tonął wśród krzyków konających i bitewnego tumultu.
Na wzgórzu kusznicy desperacko strzelali w nadciągające ogry. Strzały wbijały się w ich cielska, ale wydawało się, że jedynie rozdrażniają te olbrzymy. Jeden z ogrzych najemników z obnażonym brzuchem, ryczał w furii, zmierzając wprost na krasnoludy.
– Na bogów! Te bestie nie umierają! – zawołał młody kusznik, cofając się o krok.
– Nie ma bogów, chłopcze, tylko stal i krew. – Stojący obok niego starszy krasnolud syknął przez zęby, ładując bełt. Jego ręce drżały coraz bardziej...