Yokai Heishi - fragment rozdziału 1

Yokai Heishi 3D 500pxInspektorzy patrzyli, jak funkcjonariusze w zbrojach balistycznych pakują Bragzy’ego na tył wozu transportowego i po chwili odjeżdżają w kierunku Komendy Głównej. Dookoła zebrało się trochę gapiów, z których kilku na pewno nagrywało aresztowanie.
Rothman szturchnął Hayashiego i bez słowa wskazał mu coś po drugiej stronie ulicy. Japończyk spojrzał w tamtym kierunku i szybko dostrzegł, o co chodziło partnerowi – oparci o niski murek stali trzej czarnoskórzy mężczyźni, noszący barwy gangu Rudeboyz. Wiedzieli już, że policja zgarnęła jednego z nich.
– Myślisz, że będzie z nimi kłopot? – Matsuo zapytał drugiego inspektora.
– Coś ty. Powarczą trochę, pewnie nasz dział relacji publicznych dostanie kilkaset wiadomości o brutalności policji i rasizmie, którym przesiąknięte są nasze skostniałe struktury, a potem zapomną o Bragzym i jego miejsce zajmie kolejny podobny mu dupek.
Inspektorzy ruszyli do samochodu Hayashiego zaparkowanego kilka ulic dalej. Odprowadziły ich jawnie wrogie spojrzenia członków gangu.
Kiedy dotarli do pojazdu i wsiedli do środka, Matsuo włączył komputer pokładowy i polecił mu jechać w kierunku Victoria Street. Jechali w ciszy, którą w końcu przerwał Rothman:
– Jesteś na mnie zły, prawda?
Hayashi tylko pokręcił głową.
– Oj, daj spokój. Ta mina bezuczuciowego automata może i działa na tych, którzy cię nie znają, ale ja umiem rozpoznać, kiedy się na mnie gniewasz. Chodzi o to, że poprosiłem cię o pokazanie Bragzy’emu, kim jesteś?
– Moja prawdziwa tożsamość nie jest czymś, z czym powinienem się afiszować, jeśli nie ma takiej potrzeby – powiedział w końcu Matsuo, a w jego głosie rzeczywiście słychać było lekki wyrzut. – Mam się uczyć klasycznej, policyjnej roboty. Właśnie po to poprosiłem o przydział w Londynie, gdy moi przełożeni pozwolili mi wybrać drugą twarz.
Rothman spojrzał z zaciekawieniem na partnera.
– Drugą twarz? – zapytał. Widząc jego minę, uniósł dłonie i dodał: – Obiecuję, że zachowam to dla siebie.
– Nie powinienem o tym mówić za dużo, ale nasza relacja pozwala na pewną… otwartość. Gdy Yōkai Heishi kończy wstępny trening, przez kilka lat operuje w wybranym miejscu w Japonii. Dla mnie było to moje rodzinne Sendai. Potem wysłany zostaje do któregoś z państw imperialnych, by tam zdobywać doświadczenie polowe, zyskać nową wiedzę. Zdajemy sobie sprawę, że w wielu obywatelach Imperium poza Japonią nasz status budzi pewien niepokój. Dlatego przyjmujemy jakąś oficjalną funkcję, gdy znajdziemy się w nowym miejscu. Zazwyczaj jako doradcy polityczni, dyplomaci, pracownicy korporacyjni wysokiego szczebla, takie rzeczy. Tym właśnie jest druga twarz.
– I mając to wszystko do wyboru, postanowiłeś zostać gliną? – parsknął Rothman.
– Tak – odparł Hayashi, niezrażony reakcją partnera. – Yōkai Heishi to w zasadzie policja, która ma chronić Imperium przed różnego rodzaju przestępcami. Praca jako detektyw, moim zdaniem, jest naturalnym wyborem.
– Może ma to jakiś sens… – Anglik podrapał się po podbródku. – Na pewno tłumaczy to, czemu superintendent kazała mi trzymać gębę na kłódkę przed resztą wydziału. Nie żeby to coś pomogło…
– Co masz na myśli?
– Większość albo się domyśla prawdy, albo już wie. To gliniarze. Bycie domyślnymi i wścibskimi sukinsynami mają wpisane w zawód. Nagle w Yardzie pojawia się japoński „policjant na wymianie międzynarodowej” i z miejsca dostaje inspektora? Nie trzeba wiele, żeby połączyć kropki, nie?
– Pewnie masz rację – westchnął Matsuo. – Ale i tak wolałbym, żebyś nie rozpowiadał, kim jestem, dobrze?
– Jasne.
– Dziękuję.
Jechali przez Londyn. Ruch na ulicach był umiarkowany, więc nie musieli nawet długo stać w korkach. Przejechali przez Lambeth Bridge i wjechali między wysokie wieżowce ze stali i szkła okalające ulice Westminsteru. Zbliżali się już do Victoria Street, kiedy komputer pokładowy samochodu poinformował Hayashiego, że ktoś próbuje się z nim połączyć. Włączył AR i spojrzał na wyświetlany identyfikator.
– Dzień dobry, sierżant Hopkins – powiedział, odebrawszy połączenie. – Jest pani na głośnomówiącym.
– Gdzie jesteście?
– Zbliżamy się do Głównej, będziemy tam za pięć minut. Czy coś się stało?
– Jak dotrzecie, macie natychmiast skierować się do biura superintendent.
– Czemu? – zapytał Rothman. – Chodzi o Bragzy’ego? Dopiero go zgarnęliśmy, niech poczeka chociaż na raport…
– Nie, Gabriel – przerwała mu Hopkins. – Nie chodzi o żadnego Bragzy’ego.
Inspektorzy spojrzeli na siebie. W głosie sierżant było coś dziwnego.
– No to o co? Możesz nam powiedzieć?
Przez chwilę po drugiej stronie panowała cisza, jak gdyby ich rozmówczyni zastanawiała się, czy odpowiedzieć na pytanie Rothmana. W końcu jednak ponownie usłyszeli jej głos, pełen napięcia:
– Ktoś zamordował Kenzo Shinodę...