Żelazny legion - fragment rozdziału 1

Żelazny legion 3D 500px SIEDZIBA KOMITETU BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWOWEGO (KGB), GRODNO – REPUBLIKA BIAŁORUSI
Ból głowy rozsadzał czaszkę kapitana KGB Denisa Kotowa od samego rana.
To nie był wynik nadużycia alkoholu, ale, jak uważał, zwykła grypa. Niepotrzebnie w ostatni weekend wybrał się ze szwagrem na ryby. Tam go przewiało, a na dodatek zmókł. W ogóle było zimno i nieprzyjemnie. Pogoda dopiero się klarowała i na cieplejsze dni należało poczekać jeszcze parę tygodni. W poniedziałek czuł się źle, dziś była środa i ledwie dawał radę. Najchętniej poprosiłby o zwolnienie lekarskie. Problem w tym, że sprawa, która wynikła w międzyczasie, wymagała jego obecności. Siedzący przed nim młodszy lejtnant milicji ludowej miał minę zbitego psa.
I słusznie.
Debil dostanie za swoje. Stracił broń oraz magazynek z trzydziestoma sztukami amunicji. Za coś takiego należała się kara pięciu lub lepiej siedmiu lat obozu w towarzystwie zatwardziałych kryminalistów, którzy dla tej ofiary losu nie będą mieli litości. Co prawda lejtnant jak dotąd był sumiennym funkcjonariuszem, zbierającym same pochwały, ale ukarać go trzeba, dla zasady, niech innym się nie wydaje, że każde zaniedbanie ujdzie im na sucho.
Kotow zacisnął zęby, wysuwając jednocześnie dolną wargę, co sprawiło, że jego twarz nabrała surowego wyrazu. Inna rzecz, że nawet nieszczególnie musiał się starać.
– Przypomnijcie sobie, Dobronin, wszystkie szczegóły. To ważne.
– Już po… powiedziałem.
Dłoń kapitana z całą siłą uderzyła w blat biurka. Odgłos był taki, jak przy wystrzale z pistoletu.
– Wiecie, kim jesteście?
Lejtnant trząsł się jak osika. Drżały jego obwisłe policzki, a w oczach zbierały się łzy. Facet wkrótce się załamie. Ale sam był sobie winny. Zamiast chlać, mógł pilnować broni.
– Nie wiem, co z wami zrobi sąd, ale dla mnie już nie istniejecie – kapitan wygodnie rozwalił się na fotelu, zapalając papierosa. O poczęstowaniu nieszczęśnika nawet nie pomyślał. – Jeżeli przez waszą głupotę zginą ludzie, nigdy się z tego nie wyplączecie.
Gabinet Kotowa w gmachu Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego, położonym blisko centrum Grodna, nie należał do dużych. Mały też nie był. Dla Kotowa w sam raz. Nie lubił się stąd ruszać. Będąc naczelnikiem jednego z wydziałów, nie miał do tego zbyt wielu powodów, jednak teraz, przez tego głupca, rutyna pracy zostanie zachwiana. Na ulicach pracowało pięćdziesięciu wywiadowców, próbujących odzyskać zgubę. Głupio by było nadzorować ich zza biurka.
– Co wam w ogóle strzeliło do łba? Nie mogliście pójść do domu i dopiero tam schlać się jak świnia?
– Ja…
– No wyduś to z siebie, Dobronin. Ile mam czekać?
– Ja… nie mam już domu.
Faktycznie. Z tego, co zeznał na wstępnym przesłuchaniu, lejtnant rozchodził się z żoną i działo się to w mało eleganckich okolicznościach. Cwana baba puściła frajera w jednych spodniach. To, że Dobronin służył w milicji, nic dla niej nie znaczyło. Była żona lejtnanta dysponowała lepszymi dojściami, czemu nie należało się dziwić, bo jej aktualny kochanek pełnił wysoką funkcję w obecnej administracji. Zdaniem Kotowa zamieniła jednego frajera na innego. Z tej to przyczyny od paru już tygodni Dobronin chlał na umór, zaniedbując swoje obowiązki, aż w końcu zdarzyło się to, co się zdarzyło – z fatalnym dla niego skutkiem.
Pogrążony w rozpaczy lejtnant niewiele pamiętał. Lepiej od niego postarała się maglowana przez podwładnych Kotowa barmanka z baru „Pod lipami”. Ostatecznie ona też walczyła o przetrwanie. Na upartego dawało się jej wcisnąć współudział, za co beknie co najmniej trzy lata, było się więc o co starać.
Z zeznań, jakie do tej pory złożyła, wynikało, że w lokalu znajdowała się jeszcze jedna osoba. Dla nikogo nie ulegało wątpliwości, że był nią złodziej. Facet wyszedł, gdy kobieta i Dobronin znikli na zapleczu. Opis sprawcy był enigmatyczny, podobnie jak sporządzony przez rysownika odręczny szkic – typek był mały, chudy, z ciemnymi włosami i spracowanymi dłońmi. Pod rysopis dawało się z powodzeniem podciągnąć co najmniej jedną czwartą populacji Grodna, liczącej 350 tysięcy mieszkańców.
Pod adresem nieznajomego poleciała wiązanka przekleństw. Zabór broni to poważne przestępstwo, a jednak się na nie zdecydował. Jego uraz względem władz musiał być ogromny. Nikt przy zdrowych zmysłach nie decyduje się na coś takiego pod wpływem impulsu. Można skorzystać z okazji, ale planować należy z wyprzedzeniem. Kluczową kwestią w sprawie było to, czy Dobronin znalazł się na celowniku wcześniej, czy sprawca tylko wykorzystał nadarzającą się szansę.
Ta druga ewentualność dawała małe szanse na pochwycenie bandyty. Grodno to nie Londyn czy nawet Warszawa, gdzie monitoring należy do podstawowego wyposażenia sklepu czy baru. Facet rozpłynął się we mgle. Jedyne, czym dysponowali, to na wpół umyty kubek, z którego przestępca pił, i banknot, którym zapłacił. Odciski palców i ewentualne DNA mogą okazać się niekompletne. Laboratorium wciąż nad tym pracowało. Na wszelki wypadek należało znaleźć i przepytać każdego, kto znalazł się w okolicy pomiędzy dwunastą czterdzieści pięć a czternastą trzydzieści, bo mogło okazać się, że przypadkowy świadek zapamiętał więcej niż Dobronin i barmanka.
W związku z tym czekało ich mnóstwo pracy. Mińsk będzie się im uważnie przyglądał. Tego nie zamiotą pod dywan. Oby nie wynikły z tego większe kłopoty. Denis czuł, że sprawa może okazać się bardziej śmierdząca, niż przypuszczał z początku...